Centrum Warszawy przywitało nas chłodno, żeby nie powiedzieć lodowato. Zgodnie z zarządzeniem Rafała, naszego niezawodnego organizatora, mieliśmy spotkać się w okolicach przystanku autobusowego przy hotelu Novotel (dawny Hotel Forum). Właśnie, w okolicach... Co tu dużo mówić - mieliśmy trochę problemów ze wzajemnym odnalezieniem się. Dość szybko doszliśmy do wniosku, że nie od rzeczy byłoby mieć odpowiednich rozmiarów drągal z szyldem "PCLab.pl". Na szczęście jednak, czas potrzebny na odnalezienie grupy spadał wprost proporcjonalnie do wzrostu jej liczebności. Szkoda tylko, że nie robiło się od tego ani trochę cieplej.
Spis treści
Niewątpliwie, to właśnie warunki atmosferyczne skłoniły HALa9001 do zakupienia takiego, a nie innego prezentu dla Xandry, naszej jubilatki. Ale o tym później... Około godziny 19:30 pojawili się ostatni z uczestników, czyli Piła i Gosia. W tym samym czasie, Rafał oddalił się w bliżej nieokreślonym kierunku - jak sam powiedział - w poszukiwaniu Ani. Zaraz, zaraz, Ani? Jakiej znowu Ani?! W każdym razie, jako że odsłonięte części ciała większości obecnych powoli zaczynały przechodzić do świata materii nieożywionej, a o Rafale słuch wszelaki zaginął, postanowiliśmy wyemigrować do zupą chmielową i inszymi napitkami płynącego Chicago. Droga była długa, ciężka i niebezpieczna. Ruszyliśmy więc wszyscy, a było nas wiele - Koori, Kethry, Czesiu, ArturNOW, Sfinksik, Gwynbleidd, PrzemekRyk, Piła, Gosia, HAL9001, Przemo i moja skromna osoba (Amiri). Musieliśmy odpierać niezliczone ataki białych niedźwiedzi, tubylców w kolorowych, pasiastych strojach regionalnych czy umieszczonych na niebezpiecznie małej wysokości szlabanów. W międzyczasie, prezes przy pomocy swojego talizmanu przywołał duchy i wykonał rytualne Hejjjaaaaaa(hhh)! w kierunku miejsca, w którym ostatni raz widzieliśmy Rafała. Duchy powiedziały prawdę. Okazało się, że tajemnicza Ania to nikt inny, jak Lilly, Królowa Śmietnika. A właśnie, a propos Śmietnika... Zadbaliśmy, żeby i na zlocie, było w czym grzebać.
Ale nie uprzedzajmy faktów! Kiedy dotarliśmy do Chicago, Lilly i Rafał byli już na miejscu. Szybko do towarzystwa dołączył Binks...
...który jednak najwyraźniej miał problemy z odnalezieniem właściwej drogi.
No cóż, widocznie tego wieczoru moc nie była z nim. Zamiast skorzystać z miecza świetlnego, musiał walczyć z krnąbrnym posiłkiem przy pomocy banalnego noża. Na szczęście, flesz jego aparatu stanowił zupełnie wystarczającą broń przeciwko fleszom cyfrówek Piły i Lilly. Czemu od razu broń? Ano, zgodnie ze zlotową tradycją, chwilę potem rozpoczęła się wojna na flesze. May the flash be with you!.

Pozdrawiam niezwykle goraco dzial Marketingu
EOT z mojej strony.
Te 15% użytkowników, o których pisałam sprawdziłam w gemiusie, który dokładnie zlicza kliki nie tylko zarejestrowanych ale i nie zarejestrowanych czytelników.
Jestem wyjebiście podcurwiony