Pojazdy i uzbrojenie, czyli (z) czym do ludzi?
W świecie Bandits: Phoenix Rising pieszy jest nikim. Będę z Wami szczery do bólu. Piesi w ogóle nie mają racji bytu w tej ponurej rzeczywistości. Zdaje się, że zostali wybici do nogi, zmasakrowani i rozjechani przez maniakalnych kierowców wałęsających się po pustkowiach i bezdrożach umierającego świata. Tak jest! Cztery kółka to podstawa. Nasz protagonista i jego wyszczekany strzelec pokładowy doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Na początku rozgrywki, Fennec i Rewdalf posiadają tylko jeden pojazd – zdezelowany i słabo opancerzony „Badger”. Nasz Borsuk, to zwykły, lekki samochód terenowy. Jego jedyną zaletą jest zwrotność i szybkość. Po kolejnych, pozytywnie zaliczonych misjach, gra udostępnia kolejne potwory, za których kierownicą przyjdzie nam demolować otoczenie. Średni „Cyclone” i mocarny niczym czołg i równie nieporęczny w prowadzeniu „Ogre”. W sumie trzy samochody, różniące się tonażem, modelem fizycznym i ilością zabieranego na pokład uzbrojenia. A trzeba powiedzieć, że tego ostatniego jest całkiem sporo. Standardowy karabin maszynowy często nie sprawdza się w „praniu”. Na szczęście w sukurs przyjdzie nam potężna wyrzutnia rakiet, granatniki, haubica czy strzelba odłamkowa. W sumie do dyspozycji gracza oddano trzynaście rodzajów broni. Na ogół mocniejsze rodzaje broni montowane są na wprost pojazdu i tylko tak możemy razić przeciwników – szarżując na nich po linii prostej, niczym szaleńcza Złota Orda Batu-chana. Szybkostrzelne karabiny zamontować można natomiast na obrotowej wieżyczce, którą obsługuje nasz towarzysz Rewdalf. I tu właśnie dochodzimy do pewnej, bardzo ważnej kwestii...
Sterowanie, albo: gdzie jest moja trzecia ręka?
Tak jest, moi drodzy Czytelnicy, sterowanie w Bandits: Phoenix Rising jest iście bandyckie. Standardowe klawisze W-S-A-D odpowiedzialne są za ruch naszej jeżdżącej kupy złomu, jednocześnie mysz odpowiada za ruch karabinu na wieżyczce obrotowej w zakresie pełnych 360 stopni. Dodajmy do tego przyciski zmiany uzbrojenia oraz te odpowiadające za hamulec i dopalacz. Oto sterowanie samochodem w pełnej krasie! Opanowanie wszystkich niuansów jazdy w B:FR jest czasochłonne i może przyprawić o ból głowy. Dla tetryków programiści byli jednak na tyle miłosierni, iż jako opcję wprowadzono alternatywny system sterowania. I chwała im za to. ITDP – nie, nie, to nie jest zawoalowany skrót paszkwilu na rząd Leszka Millera, który kilka dni temu przymusowo lądował w rządowym helikopterze, łamiąc przy okazji obojczyk i nóżkę. Nie! ITDP to - zgodnie z tym, co napisano w instrukcji Bandits: Phoenix Rising - system „Idziesz tam, dokąd patrzysz”. A przekładając to na język ogólnie pojmowany, po prostu sterowanie samochodem odbywa się za pomocą myszki. Jest to o tyle wygodne, co powolne. Akurat w sam raz dla takich starych dziadów, jak Papcio CarnAge, który już dostał pomylenia z poplątaniem, próbując opanować tajniki jazdy. Widać, że te pojazdy z przyszości są gorsze w prowadzeniu, niż Trabant vel. „zemsta Honeckera”.
Oprawa audio-wizualna, czyli ciemno wszędzie, głucho wszędzie, oj na Boga, co to będzie!
Oryginalny silnik graficzny o nazwie GRIN 3D, według twórców, ma ogromne możliwości i jest bardzo nowoczesny. Mapowanie wybojów, cieniowanie pikseli z wykorzystaniem jednostek Pixel Shader, realistyczne cienie i tak dalej. To teoria, a jak to wszystko wygląda w praktyce? Średnio, z naciskiem na źle. Engine B:FR to modyfikacja stareńkiego kodu gry Ballistic, gry wyprodukowanej w roku pańskim 2001. Tak więc bełkot o znakomitej grafice można spokojnie włożyć między bajki o żelaznym wilku. Mimo to, wizualnie program wygląda przyzwoicie, samochody są całkiem udane, model fizyczny, mimo iż nie dorównuje osławionemu HAVOKowi, spełnia swoją rolę. Naprawdę czujemy różnicę w prowadzeniu poszczególnych pojazdów. Wybuchy i efekty wystrzałów cieszą oko. Teren, po którym się poruszamy, jest całkiem spory. A biorąc pod uwagę konwencję gry, czyli pustynny, martwy świat po zagładzie atomowej, nawet nie oczekiwałem jakiegoś urozmaicenia dosyć monotonnego krajobrazu. Cóż, widocznie panowie Szwedzi zbyt mocno wzięli sobie do serca słówko „pustkowie”. Niestety, nie mogę zbyt wiele dobrego powiedzieć o muzyce, która towarzyszy nam podczas rozgrywki. Wybaczcie, drodzy Czytelnicy, ale mocne gitarowe riffy zmiksowane ze szczyptą elektronicznej kakofonii plus motywy Disco z lat 70-tych to melanż, który rozłożył mnie na łopatki i pogrążył w czarnej rozpaczy. O gustach podobno się nie dyskutuje, cóż, być może komuś taka oprawa muzyczna przypadnie do gustu. Ja jednak twardo będę twierdził, że do wizji nuklearnej zagłady, muzyczka w stylu funky nie jest najlepszym wyborem. Na tle tego jazgotu , bardzo pozytywnie odznaczają się głosy bohaterów. Świetnie dobrane i, na szczęście, pozostawione przez polskiego dystrybutora gry w formie oryginalnej. Szkocki akcent Rewdalfa rzucającego wulgaryzmy na prawo i lewo, jąkanie przywódcy Płonących Dyń, fanatyczna nuta w głosie Vincenta, lidera Enklawian. To trzeba usłyszeć na własne uszy. Prawdziwa uczta!
W świecie Bandits: Phoenix Rising pieszy jest nikim. Będę z Wami szczery do bólu. Piesi w ogóle nie mają racji bytu w tej ponurej rzeczywistości. Zdaje się, że zostali wybici do nogi, zmasakrowani i rozjechani przez maniakalnych kierowców wałęsających się po pustkowiach i bezdrożach umierającego świata. Tak jest! Cztery kółka to podstawa. Nasz protagonista i jego wyszczekany strzelec pokładowy doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Na początku rozgrywki, Fennec i Rewdalf posiadają tylko jeden pojazd – zdezelowany i słabo opancerzony „Badger”. Nasz Borsuk, to zwykły, lekki samochód terenowy. Jego jedyną zaletą jest zwrotność i szybkość. Po kolejnych, pozytywnie zaliczonych misjach, gra udostępnia kolejne potwory, za których kierownicą przyjdzie nam demolować otoczenie. Średni „Cyclone” i mocarny niczym czołg i równie nieporęczny w prowadzeniu „Ogre”. W sumie trzy samochody, różniące się tonażem, modelem fizycznym i ilością zabieranego na pokład uzbrojenia. A trzeba powiedzieć, że tego ostatniego jest całkiem sporo. Standardowy karabin maszynowy często nie sprawdza się w „praniu”. Na szczęście w sukurs przyjdzie nam potężna wyrzutnia rakiet, granatniki, haubica czy strzelba odłamkowa. W sumie do dyspozycji gracza oddano trzynaście rodzajów broni. Na ogół mocniejsze rodzaje broni montowane są na wprost pojazdu i tylko tak możemy razić przeciwników – szarżując na nich po linii prostej, niczym szaleńcza Złota Orda Batu-chana. Szybkostrzelne karabiny zamontować można natomiast na obrotowej wieżyczce, którą obsługuje nasz towarzysz Rewdalf. I tu właśnie dochodzimy do pewnej, bardzo ważnej kwestii...
Sterowanie, albo: gdzie jest moja trzecia ręka?
Tak jest, moi drodzy Czytelnicy, sterowanie w Bandits: Phoenix Rising jest iście bandyckie. Standardowe klawisze W-S-A-D odpowiedzialne są za ruch naszej jeżdżącej kupy złomu, jednocześnie mysz odpowiada za ruch karabinu na wieżyczce obrotowej w zakresie pełnych 360 stopni. Dodajmy do tego przyciski zmiany uzbrojenia oraz te odpowiadające za hamulec i dopalacz. Oto sterowanie samochodem w pełnej krasie! Opanowanie wszystkich niuansów jazdy w B:FR jest czasochłonne i może przyprawić o ból głowy. Dla tetryków programiści byli jednak na tyle miłosierni, iż jako opcję wprowadzono alternatywny system sterowania. I chwała im za to. ITDP – nie, nie, to nie jest zawoalowany skrót paszkwilu na rząd Leszka Millera, który kilka dni temu przymusowo lądował w rządowym helikopterze, łamiąc przy okazji obojczyk i nóżkę. Nie! ITDP to - zgodnie z tym, co napisano w instrukcji Bandits: Phoenix Rising - system „Idziesz tam, dokąd patrzysz”. A przekładając to na język ogólnie pojmowany, po prostu sterowanie samochodem odbywa się za pomocą myszki. Jest to o tyle wygodne, co powolne. Akurat w sam raz dla takich starych dziadów, jak Papcio CarnAge, który już dostał pomylenia z poplątaniem, próbując opanować tajniki jazdy. Widać, że te pojazdy z przyszości są gorsze w prowadzeniu, niż Trabant vel. „zemsta Honeckera”.
Oprawa audio-wizualna, czyli ciemno wszędzie, głucho wszędzie, oj na Boga, co to będzie!
Oryginalny silnik graficzny o nazwie GRIN 3D, według twórców, ma ogromne możliwości i jest bardzo nowoczesny. Mapowanie wybojów, cieniowanie pikseli z wykorzystaniem jednostek Pixel Shader, realistyczne cienie i tak dalej. To teoria, a jak to wszystko wygląda w praktyce? Średnio, z naciskiem na źle. Engine B:FR to modyfikacja stareńkiego kodu gry Ballistic, gry wyprodukowanej w roku pańskim 2001. Tak więc bełkot o znakomitej grafice można spokojnie włożyć między bajki o żelaznym wilku. Mimo to, wizualnie program wygląda przyzwoicie, samochody są całkiem udane, model fizyczny, mimo iż nie dorównuje osławionemu HAVOKowi, spełnia swoją rolę. Naprawdę czujemy różnicę w prowadzeniu poszczególnych pojazdów. Wybuchy i efekty wystrzałów cieszą oko. Teren, po którym się poruszamy, jest całkiem spory. A biorąc pod uwagę konwencję gry, czyli pustynny, martwy świat po zagładzie atomowej, nawet nie oczekiwałem jakiegoś urozmaicenia dosyć monotonnego krajobrazu. Cóż, widocznie panowie Szwedzi zbyt mocno wzięli sobie do serca słówko „pustkowie”. Niestety, nie mogę zbyt wiele dobrego powiedzieć o muzyce, która towarzyszy nam podczas rozgrywki. Wybaczcie, drodzy Czytelnicy, ale mocne gitarowe riffy zmiksowane ze szczyptą elektronicznej kakofonii plus motywy Disco z lat 70-tych to melanż, który rozłożył mnie na łopatki i pogrążył w czarnej rozpaczy. O gustach podobno się nie dyskutuje, cóż, być może komuś taka oprawa muzyczna przypadnie do gustu. Ja jednak twardo będę twierdził, że do wizji nuklearnej zagłady, muzyczka w stylu funky nie jest najlepszym wyborem. Na tle tego jazgotu , bardzo pozytywnie odznaczają się głosy bohaterów. Świetnie dobrane i, na szczęście, pozostawione przez polskiego dystrybutora gry w formie oryginalnej. Szkocki akcent Rewdalfa rzucającego wulgaryzmy na prawo i lewo, jąkanie przywódcy Płonących Dyń, fanatyczna nuta w głosie Vincenta, lidera Enklawian. To trzeba usłyszeć na własne uszy. Prawdziwa uczta!
