artykuły

Tom Clancy's Rainbow Six: Siege – recenzja

18
4 grudnia 2015, 16:38 Dawid Grzyb

Oblężenie

W grze w sumie jest dostępnych pięć frakcji: SAS, GIGN, FBI SWAT, GSG9 i Specnaz. Na każdą przypada po czterech operatorów, czyli w sumie 20 grywalnych postaci. Są podzielone na dwie podgrupy: atakującą i broniącą. Po każdej rundzie następuje zamiana stron, czyli gracz, który wraz z zespołem w pierwszej rundzie atakował konkretne miejsce, w drugiej będzie go bronił. Co więcej, w drużynie nie może być dwóch takich samych postaci. No i, co logiczne, klasy atakujące są niedostępne dla strony broniącej i odwrotnie.

Operatorzy są mocno zróżnicowani, najczęściej mają specjalistyczne uzbrojenie i specyficzne zdolności, nie ma dwóch podobnych – pod tym względem jest całkiem kolorowo. Przykładowo w grze jest praktycznie tylko jeden snajper w klasycznym wydaniu, którego zdolność specjalna to mocna luneta i widok w podczerwieni. Należy do strony atakującej w siłach Specnazu. Z kolei po stronie FBI jest osobnik zdolny za pomocą czujnika akcji serca określić położenie wrogów, nawet przez ściany. Po stronie GIGN jest obrońca, którego głównym atutem jest możliwość upuszczenia paczki z dodatkowym pancerzem, co znacznie utrudnia likwidowanie członków jego drużyny. Pozostałe postacie są równie zróżnicowane i choć na serwerach kilka cieszy się większym wzięciem, widać, że gracze dobrze się bawią w skórze każdej z nich.

Tom Clancy's Rainbow Six: Siege stawia na pracę zespołową i jestem tutaj śmiertelnie poważny. Bez komunikacji głosowej jest ciężko, ponieważ pomiędzy konkretnymi jednostkami widać zależności. Przykładowo lekarz potrzebuje obrońcy podczas stawiania poległych sojuszników na nogi, a snajper musi znać położenie wrogów. Najnowsza strzelanka Ubisoftu z pewnością nie zachęca do tego, by mknąć do przodu, na nic nie zważając. Trzeba planować, kombinować, dostosowywać się do sytuacji. No i ponad wszystko uważać, nasłuchiwać, co się dzieje dookoła, komunikować się.

Gra jest podzielona na dwie fazy. Pierwsza to przygotowanie przed walką. Strona atakująca wypuszcza niewielkie pojazdy, każdy gracz steruje własnym. Pozwalają odnaleźć cel misji. Gdy tak się stanie, wówczas pojawia się znacznik informujący o położeniu celu. Z kolei obrońcy mają czas na zabicie deskami okien i futryn, rozstawienie amunicji, pancerzy i ogólnie okopanie się w oczekiwaniu na wroga. Pierwsza faza trwa dosłownie kilkanaście sekund, zatem trzeba się sprężać. Dopiero po tym czasie rozpoczyna się akcja. Muszę przyznać, że faza przygotowawcza to świetny pomysł. Ten element znacząco podnosi adrenalinę, i to po obu stronach, a przecież do wymiany ognia jeszcze nie doszło. Super!

Gdy zaczyna się faza właściwa, w zależności od strony konfliktu dzieją się różne rzeczy. Mapy, na których prowadzona jest walka, to najczęściej budynki, do których można się dostać na kilka sposobów. Jeżeli kiedykolwiek chciałeś na iście hollywoodzką modłę wtargnąć przy użyciu liny do środka pomieszczenia po uprzednim wybiciu okna, wiedz, że w Tom Clancy's Rainbow Six: Siege jest to chleb powszedni.

W grze zastosowano dość rozległy model zniszczeń otoczenia. W wielu ścianach da się zrobić wyłom za pomocą ładunku wybuchowego, by zaskoczyć przeciwników. Takie akcje dzieją się na okrągło i nie dość, że są widowiskowe, to jeszcze zapewniają niemałą satysfakcję. Natomiast nic się nie dzieje na hura: nierobienie hałasu i ostrożne pokonywanie kolejnych pomieszczeń popłaca. To zupełnie odmienny styl gry od tego, który serwuje nam dzisiaj znakomita większość strzelanek.

Strona broniąca ma zadanie okopać się i czekać, aż wróg nadejdzie. Oczywiście, można wyjść z inicjatywą, choć po frakcji pasywnej również widać, że najpierw woli rozstawiać pułapki i barykadować, co tylko się da, a następnie czekać, aż przeciwnik narobi nieco hałasu lub nieumyślnie zdetonuje ładunek lub dwa.

Wszystko zależy od zgrania drużyny. Jest wiele dróg do osiągnięcia sukcesu, ale współpraca, wspieranie się i wykorzystywanie umiejętności specjalnych operatorów jest sednem rozgrywki. Gdy te wszystkie czynniki zbierze się w całość i sprawdzi w praktyce, okazuje się, że w Tom Clancy's Rainbow Six: Siege można naprawdę przednio się bawić. Podkreślam, że ten świeży model rozgrywki sprawdza się, działa, zmusza do kombinowania, a w efekcie sprawia masę frajdy, gdy uda się wrogą drużynę zrobić w konia. Pod tym najważniejszym względem najnowsza gra Ubisoftu świetnie sobie radzi.

2