Technologie i wydarzenia
Artykuł
Mateusz Skrycki, Środa, 4 marca 2015, 19:01

Czas na demo!

Skoro wiedzieliśmy, że oprócz wyświetlania wirtualnej rzeczywistości HTC Vive umie rozpoznać położenie użytkownika w pomieszczeniu, a ponadto kontroler znajduje się w każdej ręce, nie pozostało nam nic innego jak wypróbować ten zestaw w działaniu.

Po tym, jak założyliśmy gogle oraz słuchawki i chwyciliśmy kontrolery, włączył się minisamouczek, który miał pokazać, z czym to się je. Na początek chodzenie. W trójwymiarowej przestrzeni podłoga została zbudowana z siatki. Niebieska linia wyznaczała ściany pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy. Po uruchomieniu programu wokół nas pojawiły się heksagonalne słupy o dość zbliżonej wysokości, rozmieszczone jeden przy drugim. Im bliżej się znajdowały, tym były niższe. Pierwszym zadaniem było dotarcie do wspomnianej ściany, co powodowało opadanie przeszkód, a my jednocześnie wykonywaliśmy kroki w realnym pomieszczeniu. Było to równie intuicyjne jak normalne chodzenie. Warto zaznaczyć, że kształt wirtualnego pomieszczenia pokrywał się z tym, w którym przebywaliśmy. Oczywiście, było nieco mniejsze od prawdziwego, więc dotarcie do wirtualnej ściany nie kończyło się czołowym zderzeniem z karton-gipsem.

Następny samouczek zapoznał nas z kontrolerami. Każdy z nich był wyposażony w trzy przyciski oraz okrągłą i klikalną płytkę dotykową (dość podobna do tej z pada od Steam Machines). Dwa przyciski były umieszczone na dłuższych krawędziach kontrolera i aktywowało się je przez ściśnięcie (żadne z dem nie korzystało z tego rozwiązania), trzeci znajdował się pod palcem wskazującym i działał w roli spustu lub służył do zatwierdzania działania, a okrągłą płytkę dotykową, obsługiwaną kciukiem, zamontowano z przodu. Aby lepiej się zapoznać z funkcjami przycisków i sposobem korzystania z kontrolerów, dmuchaliśmy spustem wirtualne balony, które przy użyciu drugiej ręki można było odbijać w wirtualnej przestrzeni.

Poprzednie dwa dema rozgrywały się w dość pustej i surowej przestrzeni, więc przyszedł czas na konkrety. Zostaliśmy umieszczeni pod wodą, na wraku statku. On jednak nie był kompletnie na dnie, tylko zablokował się na skałach. Burta łajby pokrywała się ze ścianami w pokoju, a po dojściu do nich mogliśmy spojrzeć w dół i podziwiać podwodną przepaść (o ile pod wodą możemy mówić o przepaści). Wokół nas pływały rybki, które można było przegonić po wycelowaniu w nie kontrolerem. Na koniec powoli i majestatycznie podpłynął do nas płetwal błękitny, którego ogromne cielsko zajmowało większość pola widzenia. Łypał okiem w naszym kierunku i poczuliśmy się trochę nieswojo...

Z głębin morskich zostaliśmy przeniesieni do kuchni. Zyskaliśmy wirtualne dłonie zdolne do chwytania, a na stołach znajdowały się właściwe temu miejscu akcesoria, takie jak: warzywa, książka kucharska, wałek. Nie wiemy, czy to dobrze o nas świadczy, ale pierwszą próbą zdolności chwytnych dłoni było rzucenie wałkiem o ścianę. Wynik: 9,5/10 – pozycja w locie do delikatnej poprawy, za to osunięcie się ze ściany i lądowanie bez zarzutów. Autorowi tych słów w sumie do szczęścia wystarczyłaby dalsza możliwość robienia rozgardiaszu w kuchni, jednak cel był inny: przygotowanie zupy składającej się z dwóch pomidorów, dwóch pieczarek i chyba czegoś jeszcze. Ślinka leci na samo wspomnienie... Składniki z wyjątkiem ostatniej pieczarki były na wierzchu, więc umieścić je w garnku przez chwycenie było banalnie łatwo. W poszukiwaniu ostatniego grzyba zaczęliśmy dokładnie się rozglądać. Okazało się, że można otworzyć drzwiczki w mikrofalówce, ale obiektu poszukiwań tam nie było. Był w lodówce, w towarzystwie innych warzyw (zabezpieczenie przed zbytnim zapałem użytkownika w rzucaniu czym popadnie?). Niestety, przy chwytaniu przez naszą niezdarność pieczarka upadła na podłogę. Nie leżała tam jednak nawet 5 sekund, bo kucnęliśmy, chwyciliśmy ją i dokończyliśmy przygotowywanie zupy.

Następnie zostaliśmy umieszczeni na polu bitwy. Z jednej strony nacierała strzelająca piechota, a z drugiej nadciągały czołgi. Jednak zarówno postacie ludzkie, jak i pojazdy były dość małe, więc nic nie stało na przeszkodzie, aby się pochylić i dokładniej im przyjrzeć. Modele były naprawdę szczegółowo wykonane i jeśli z góry wyglądały na niedbale poruszające się kukiełki, to z bliska można było dostrzec pełnowartościowego mężnego woja. Bitwa toczyła się w lekko sielankowej atmosferze; z boku stały budynki gospodarcze i wiatraki, którym również można było się przyjrzeć z bliska. Oczywiście, wirtualny grunt był wyżej od podłogi w pomieszczeniu i gdy tak podziwialiśmy modele, postanowiliśmy sprawdzić, co się stanie, jeśli zatopimy „twarz” w wirtualnym terenie. Niczego tam, rzecz jasna, nie znaleźliśmy, ale początkowo obawialiśmy się to zrobić (serio!), w końcu przez materię nie można przechodzić, a gdy się wreszcie przełamaliśmy, to mózg kompletnie zbzikował i na części twarzy znajdującej się poniżej gruntu czuliśmy coś na kształt dotyku...

Ostatnie demo wykorzystywało w pełni możliwości rozglądania się, przemieszczania oraz kontrolerów. Prawa ręka zamieniła się w pędzel, a lewa w paletę. Mogliśmy z niej wybrać kolor (celowało się w niego drugim kontrolerem) lub rodzaj pędzla. Bardzo fajnie pomyślano sposób przełączania się między tymi opcjami: wystarczyło lewym kciukiem maznąć w bok, a w przestrzeni poruszała się wirtualna kostka, której boki odpowiadały wybranym funkcjom. Gdy więc wesoło skakaliśmy po pokoju i zostawialiśmy za sobą różnokolorowe i różnokształtne smugi, usłyszeliśmy, że czas dobiegł końca – i to wszystko.

Ocena artykułu:
Ocen: 8
Zaloguj się, by móc oceniać
Artykuły spokrewnione
Facebook
Ostatnio komentowane