Grafika i dźwięk
W The Order: 1886 zastosowano silnik graficzny RAD Engine 4.0. To pierwsza gra, która go wykorzystuje. Już dosłownie po paru minutach doszedłem do wniosku, że w tym narzędziu drzemie ogromny potencjał, bo nowość wygląda obłędnie. Mało która gra na pecety może się z nią pod tym względem równać.
Ocena oprawy wizualnej obejmuje stronę techniczną gry, zależną od możliwości silnika, i artystyczną: to, jak wykreowano wirtualny świat, jak pokryto go teksturami, czy zbudowano go ze stosownej liczby wielokątów, czy użyto odpowiednich efektów przetwarzania końcowego. Owszem, to spore uproszczenie, bo jest tego więcej, niemniej chodzi o to, że kilka osobnych zespołów musi się dogadać. W The Order: 1886 wszystko zagrało. To wizualny majstersztyk. Po pierwsze, bardzo klimatyczny: dosłownie czuć, że za każdym rogiem może się czaić Kuba Rozpruwacz, idealnie oddano realia schyłku XIX wieku. Następna kwestia to spójność świata: bardzo umiejętnie połączono ze sobą poszczególne obiekty, z większości można by zrobić ładny plakat. Jeszcze inna to konstrukcja poziomów, ale to się wiąże z mechanizmami rozgrywki.
Tekstury są w wysokiej rozdzielczości, a obiekty zbudowano z należytej liczby wielokątów. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy wyświetlane są przerywniki filmowe (renderowane z użyciem silnika gry). Włożono masę pracy w postacie, ich mimika oraz szczegółowość robią wrażenie. To powoduje, że przejścia między sekwencjami filmowymi a właściwą rozgrywką są idealnie płynne. Nie znam innej gry, w której byłoby to równie bezbolesne. Niewiele jest tych, które mogą pod tym względem rywalizować z The Order: 1886, niezależnie od platformy. Na pochwałę zasługuje też duża liczba klatek animacji, która przekłada się na płynny ruch postaci. Grafika jest przy tym bardzo realistyczna, nie ma miejsca na żadną groteskę lub chociażby namiastkę niewłaściwych proporcji, wszystko się zgadza i nietrudno to stwierdzić. Cienie są odpowiednio miękkie (i, rzecz jasna, dynamiczne), a na obraz nałożono filtr, który go odrobinę zmiękcza i przydaje mu filmowego charakteru. Gra świateł również jest wysokiej próby; widać to po wejściu do pomieszczenia, przez którego okna dostają się do środka snopy światła, nierównomiernie (a zatem realistycznie) oświetlające bohatera oraz pobliskie przedmioty. Grafika nie jest ostra jak żyletka, jest wręcz nieco rozmyta, ale wyjątkowo szczegółowa i wiarygodna. Świetnie zastosowano głębię ostrości. Jest jej sporo, i to nie tylko w przerywnikach filmowych. To wszystko sprawia, że samo zwiedzanie wiktoriańskiego Londynu jest przyjemne.
Oprawa dźwiękowa nie budzi większych zastrzeżeń, muzyka pasuje do epoki, a głosy aktorów są naprawdę dobre – zróżnicowane i zapadające w pamięci. Choć zaznaczam, że polska wersja językowa jest katastrofalna. Głosy tradycyjnie są sztuczne, mało przekonujące, dykcja jest przesadna. Nie da się tego słuchać. Najwyraźniej równowaga w przyrodzie musi być.
Jeszcze słowo o płynności animacji. Pod tym względem jest naprawdę dobrze. W trakcie zabawy ani razu nie zwolniła – liczba klatek na sekundę utrzymywała się na stałym poziomie. Gra działa w 30 kl./s, ale zważywszy na tempo rozgrywki i stałą liczbę klatek, przeszkadza to mniej, niż się początkowo spodziewałem, wręcz łatwo do tego bardzo szybko przywyknąć.



