artykuły

The Order: 1886 – recenzja

Wiktoriański samograj

102
22 lutego 2015, 12:54 Dawid Grzyb

Wiktoriański Londyn

Akcja The Order: 1886 dzieje się w Londynie, w bardzo specyficznym, na swój sposób urokliwym czasie. Jest naprawdę ponuro, posępnie. Szata graficzna gry ma na sobie stosowne filtry i stonowane barwy, co tylko potęguje klimat. Jest też sporo mgły, choć niektórzy złośliwie twierdzą, że głównie po to, aby zamaskować niedostatki konsol. Bez niej jednak po prostu czegoś by brakowało w tym wyjątkowo sugestywnym świecie. Klimat to moim zdaniem jedna z mocniejszych stron gry. Studiu Ready At Dawn udało się bardzo dobrze oddać okres wiktoriański. Wszystko, co się pojawia na ekranie, ma realistyczne proporcje i kolory, nie ma tu miejsca na groteskę. Tak sugestywna atmosfera powoduje, że przygoda, notabene bardzo krótka, szybko wciąga. Oprawa graficzna jest też bardzo spójna i dotyczy to zarówno ubioru postaci, jak i wyglądu poszczególnych miejsc. 

Poszczególne obszary w grze są zróżnicowane. W późniejszych etapach rozgrywki pojawiają się widziane już tekstury i elementy, choć nie w takiej liczbie, abyśmy mogli stwierdzić, że projektantom poziomów nie chciało się przysiąść fałdów. Pomimo ich mocno tunelowej konstrukcji pokazali, co umieją, bo większość miejsc nie dość, że cieszy oko, to jeszcze jest dopracowana w szczegółach. Zwracają uwagę pasujące do XIX wieku mechanizmy, lampy elektronowe i tym podobne. Galahad odwiedzi port, katakumby, legendarną już dzielnicę White Chapel, a nawet sterowiec, a to tylko kilka przykładów z brzegu.

Postaci niezależnych nie ma wiele: pojawia się ich dosłownie kilka. Wprawdzie nie są mistrzowsko wykonane, lecz całkiem przyzwoite. Niektóre zapadają w pamięć na dłużej, chociażby pewien Francuz czy Nikola Tesla, pracujący dla bractwa w charakterze, a jakże, specjalisty od projektowania broni i gadżetów. Linie dialogowe są realistyczne, wolne od heroicznego patosu.

To wszystko kreśli oraz gry „dorosłej”. Nie mam nic przeciwko temu, dużo bardziej mi to odpowiada niż wszędobylskie płytkie bohaterstwo. Fabuła jest nieco przewidywalna, choć podana w strawny, niewyolbrzymiony sposób.

W The Order: 1886 na początku gra się bardzo przyjemnie. Chłonąłem świetnie wyglądające otoczenie, poznawałem system walki i ogólnie smakowałem ciężki, sugestywny klimat. Niemniej im dalej w las, tym ciemniej. Widoki są spektakularne od początku do końca, jednak szybko się okazuje, że twórcom ewidentnie zależało na tym, by nadać rozgrywce mocno kinowy charakter. To tłumaczy całą masę uproszczeń, sekwencji QTE, a także tunelową i liniową konstrukcję poziomów, z wyjątkowo wyraźnie nakreśloną jedyną słuszną drogą. Z tej perspektywy The Order: 1886 jest spójna, wszystko się w niej trzyma kupy; sęk w tym, że gracz ma za mało kontroli nad postacią, a samej zabawy jest stosunkowo niewiele. Widać, że świat gry ma bardzo duży potencjał, ale jest ona bardzo nierówna, a po tym, jak ją przeszedłem w jeden wieczór, poczułem pustkę. Zbyt płytka pod wieloma względami była to zabawa, za mało treściwa. Owszem, przygodę ukończyłem bez wstawania z fotela. Na początku klimat i fabuła pchały akcję do przodu, lecz rozczarowała mechanika, a także, po odjęciu przerywników filmowych, bardzo mała długość gry. Boli też brak trybu wieloosobowego. Jestem przekonany, że świetnie by się sprawdził – dostępne narzędzia mordu aż się o to proszą.

3