artykuły

Wiedźmin 3: Dziki gon – już graliśmy. Dodatkowo: wizyta w siedzibie CD Projekt Red

Rok 2015 zdecydowanie pod znakiem Wiedźmina 3

94
26 stycznia 2015, 16:01 Dawid Grzyb

Gra Wiedźmin 3: Dziki gon

Dziennikarzom oddano do dyspozycji dwa fragmenty gry. Przez pierwszą część prezentacji można było zaliczyć m.in. prolog i samouczek. Z tym drugim zdecydowanie warto się zapoznać, gdyż nastąpiło kilka sporych zmian w mechanice. A zatem na początku wcieliłem się w Geralta pierwszopoziomowego, świeżaka. Gdy początkowe fragmenty gry były już za mną, szybko się okazało, że sielanka dziejąca się w Kaer Morhen to był tylko słodki sen. Białowłosy budzi się przy ognisku, nieopodal traktu podróżniczego. W towarzystwie Vesemira udaje się do najbliższej wioski. Atmosfera jest ogólnie jakaś taka złowroga – wiadomo, że coś się dzieje. Tak, wiedźmin na początku gry nie podróżuje sam, ale nie mam pojęcia, jak długo najstarszy z płatnych zabójców potworów będzie mu towarzyszył. Po dotarciu do wioski od razu widać, że jest trochę rzeczy do zrobienia. Nie zagłębiałem się w zadania poboczne, te zlecane przez miejscowych, choć po opcjach dialogowych widać, że spora ich część ma jakiś problem. Skoncentrowałem się na wątku głównym, bo czasu było niewiele.

Geralt na początku przygody skupia się na poszukiwaniach kobiety. Nie chcę zdradzać, o którą chodzi, jest kilka opcji do wyboru. Ci z Was, którzy są na bieżąco z materiałami udostępnianymi przez CD Projekt Red, pewnie i tak wiedzą, za kim białowłosy wiedźmin się ugania. W każdym razie szybko się okazuje, że uzyskanie pożądanych informacji poprzedza walka, bieganina i cała masa innych zabiegów, w tym śledztwo, rozmowy z postaciami niezależnymi, wykonywanie pomniejszych zadań itp. Ale ani przez chwilę nie czułem, że coś się dzieje na siłę, że twórcy gry w nieprzyjemny sposób wydłużają rozgrywkę. Wszystko jest ze sobą elegancko posklejane w całość i dość wiarygodne. Czuć, że świat Wiedźmina jest ogólnie mało przyjazny, mocno realistyczny. To chyba najmniej cukierkowa kraina w grach tego typu, jaką widziałem, i cieszę się, że Wiedźmin 3: Dziki gon tę tradycję podtrzymuje.

Już na początku gry dwaj wiedźmini spotykają na swej drodze sporych rozmiarów gryfa. Obydwaj są nieco zaniepokojeni, że bestia zapuściła się coś przesadnie blisko ludzkich legowisk. Po dotarciu do najbliższej wioski i rozmowie z miejscowymi wychodzi na to, że gryfa trzeba będzie ubić. Należy wykonać kilka czynności, przygotować się do walki. Tutaj pojawia się element pływania; Geralt umie nawet nurkować, co pewnie niejednokrotnie zostanie wykorzystane przez graczy podczas przygody.

Białowłosy nie byłby sobą, gdyby nie zaczął dociekać, co sprowokowało bestię do tego, by podejść tak blisko ludzkich siedlisk. Nie chcę psuć Wam zabawy, więc tylko nadmienię, że w Dzikim gonie moralność i wina to złożone zagadnienia, a to, co z początku wydaje się oczywiste, wcale takie nie jest i dość dobrze pokazuje to wątek ubicia gryfa. Gra przez to jest z całą pewnością wielowymiarowa, skomplikowana, a w rezultacie ciekawa. Jestem też przekonany, że często trzeba będzie dokonywać trudnych wyborów, ale na to po cichu wszyscy liczymy. W końcu świat Wiedźmina jest brudny, a stosunki międzyludzkie – realistyczne. To średniowiecze, ale jakże mroczne. W zaledwie trzy godziny widziałem kilka dosadnych przykładów, które to potwierdzają.

Może się wydawać, że kilka godzin to sporo – też tak na początku myślałem. W końcu średni czas przejścia współczesnej gry to jakieś osiem. Jednak oprócz głównego wątku jest tu sporo rzeczy do zrobienia. Nie potrafię ich tu wymienić, ale widziałem masę ziółek do zebrania, potworów, które warto ubić, czy wykrzykników na mapie, symbolizujących zadania poboczne. W karczmie mogłem nawet pograć w dość rozbudowaną grę karcianą. A to wszystko to pewnie jedynie wierzchołek góry lodowej; po prostu widać, że świat Białowłosego w trzeciej części jego przygód jest naprawdę rozbudowany.

A skoro o świecie gry mowa... Cóż, to sandboks, choć nie w klasycznym wydaniu. Mapa składa się z kilku obszarów, które na papierze są ze sobą połączone, a tematycznie mocno zróżnicowane. Widać też na niej, że jest jeszcze sporo wolnego miejsca, które aż się prosi o zagospodarowanie. Zapytałem twórców gry, czy planują coś za jakiś czas dorzucić, może nawet w finalnej wersji. Odpowiedzieli, że na razie nie mogą zdradzać szczegółów, choć teren, który zobaczyłem, jest kompletny. Z jednej strony trochę szkoda, a z drugiej jest na co czekać, w planach jest wiele darmowych dodatków DLC. Tutaj warto zaznaczyć, że poszczególne obszary potrafią być olbrzymie. Już początkowy, ten z wioską i gryfem, robi wrażenie rozmachem i złożonością. Strzelam, ale myślę, że spokojnie można tam spędzić co najmniej kilka, kilkanaście godzin. Są też... kilkakrotnie większe. To naprawdę coś, uwierzcie.

Druga część prezentacji działa się na wyspach Skellige. W buildzie Trójki, który pozwolono nam wczytać, Geralt był na bodajże szesnastym poziomie. Miał więcej rzeczy w ekwipunku, inaczej był ubrany, choć walczył tak samo. Ale na Skellige nie było dużo potyczek. Ten fragment gry pokazano nam nieprzypadkowo. Podczas zamkowej uczty nastąpiła rzeź, której Geralt był świadkiem. Aby się dowiedzieć, co się stało, trzeba było przeprowadzić dochodzenie. Dało się też podejść do tematu z innej strony: z miejsca zacząć ścinać głowy winnym. Decyzja należała do gracza, musiał się opowiedzieć za metodami jednego z dwójki królewskiego rodzeństwa. Wybrałem śledztwo. Było dużo biegania, badania poszlak, trochę ucieczki i przepytywania podejrzanych. W odkryciu śladów pomagał wiedźmiński zmysł, uaktywniany osobnym guzikiem. Samo dochodzenie nieco przypominało pomysł zastosowany w grach o Batmanie. Nie mam nic przeciwko temu, ani przez moment nie czułem się tym znudzony. Oczywiście, na końcu była spora niespodzianka, spisek i kilka innych rzeczy, ale oszczędzę Wam tutaj szczegółów.

W grze można podróżować automatycznie, trzeba tylko odkryć punkty kontrolne w formie przydrożnych znaków. A jeżeli komuś się zachce bogaty świat gry zwiedzać, niech wie, że Geralt przemierza go na koniu, z którego może też walczyć. Co ciekawe, rumak o imieniu Płotka ma własną sakwę, w której przechowuje się łupy. Można nim dość długo galopować, ale ma też swój poziom strachu, który rośnie, gdy bohater zostaje otoczony przez potwory. Nie wiem, co się stanie, gdy ten wskaźnik osiągnie maksimum, nie doprowadziłem zwierzęcia do takiego stanu. Strzelam, że pewnie zrzuci jeźdźca z grzbietu i ucieknie. Ale konia można przywołać jednym guzikiem, nie da się go zgubić. Inteligentne i wierne zwierzę, nie ma co.

Walka to mocna, choć moim zdaniem jeszcze niedoszlifowana strona gry. Jest dynamiczna i chyba szybsza niż w poprzednich częściach przygód Geralta. Można zadać lekki, ale szybki cios lub wolniejszy, ale potężniejszy. Oprócz tego można parować ataki i kontrować, jest też wiedźmińska magia oraz zestaw sprzętu pomocniczego, chociażby podręczna kusza i bomby. Miałem problem z unikami; czasem wydawało mi się, że nie mam należytej kontroli nad postacią. To jednak równie dobrze mógł być rezultat tego, że grałem na padzie, do którego w ogóle nie jestem przyzwyczajony. Rozpocząłem zabawę na poziomie normalnym i szybko się przekonałem, że co prawda wrogów dość szybko się eliminuje, lecz pasek życia też się skraca błyskawicznie. System sprawia wrażenie takiego, który da się opanować, tyle że wymaga to wprawy. Eliksiry można pić podczas walki, dość szybko odnawiają się też wiedźmińskie znaki. W trakcie potyczki można grę znacznie spowolnić i przywołać menu, w którym wybiera się wspomagacze. Całość wygląda dobrze, choć jak pisałem, pad zupełnie mi nie odpowiadał. Zdecydowanie wolę kontrolować pracę kamery myszką niż gałką.  

2