artykuły

Far Cry 4 – recenzja

33 19 listopada 2014, 20:32 Dawid Grzyb

W górach jest gorąco

Kyriat jest bardzo duży. Twórcy gry przyrównują go do obszaru dostępnego w poprzedniej części serii. Bardzo się jednak rozrósł w pionie. To w połączeniu z sandboksową konstrukcją świata robi wrażenie. Dotarcie z jednego końca na drugi o własnych siłach zajmuje naprawdę dużo czasu.

Zanim po raz pierwszy uruchomiłem grę, miałem określone oczekiwania co do wyglądu tej krainy. Oczywiście, chciałem, żeby była mocno rozbudowana – i faktycznie taka jest. To po prostu ogromny, bogaty świat. Ale też miałem nadzieję, że będzie to nieco mistyczne, tajemnicze miejsce, pełne świątyń, orientalnych akcentów, przydrożnych kapliczek, wiosek składających się z kilku domostw na krzyż, tajemniczych tubylców i tym podobnych. I dokładnie to dostałem. Dzięki temu wszystkiemu klimat gry jest świetny.

Obszary, które odwiedza Ajay, są bardzo różne. Wszędzie dominuje górski krajobraz, lecz znakomicie zróżnicowano poszczególne warstwy terenu. Gdzieniegdzie można biegać dosłownie w koszulce, a dziesięć minut drogi dalej jest śnieg i łatwo zamarznąć. Strome zbocza, charakterystyczna roślinność i pasujące do poszczególnych miejsc zwierzęta przydają temu wszystkiemu uroku i wiarygodności. Kyriat podoba mi się dużo bardziej niż świat poprzednich gier z tej serii. Nadspodziewanie dobrze oddano atmosferę tego miejsca.

W nowym Far Cryu są też frakcje. Skoro sprawdziły się w poprzedniej części gry, i tym razem nie mogło ich zabraknąć. Niemniej gracz automatycznie staje ramię w ramię ze Złotą Drogą. To dość oczywiste, w grach bohater zawsze opowiada się po stronie ciemiężonych. Jednakże w obrębie partyzanckiego grupowania też sporo się dzieje. Dwaj przywódcy mają różne spojrzenie na to, co należy zrobić, aby zdetronizować Pagana Mina. Nie chcę za dużo tutaj zdradzać, nadmienię tylko, że wykonanie misji dla pewnej dziewczyny ze Złotej Drogi jest nie na rękę jednemu z liderów. On ma inne podejście do walki z tyranem, a konsekwencje stronniczości często zostają graczowi wyłożone dosadnie. Jego wybory co prawda nie wywołują zbyt silnego moralnego kaca, lecz niektóre ich skutki skłaniają do tego, by następnym razem zastanowić się dwa razy, od kogo przyjmuje się robotę.

Fabuła nie jest przesadnie zagmatwana, ale do oczywistych i płytkich też raczej nie należy.

Sednem gry jest walka, tutaj nic innego się nie robi. Gracz prędzej czy później będzie do kogoś strzelał w praktycznie każdym zadaniu. Jednak świat gry i duża część misji są tak skonstruowane, że da się sprawę załatwić po cichu, eliminując jednego wroga za drugim bez wznoszenia alarmu. Zresztą niektóre misje wręcz to narzucają. Przykładowo jednym z zadań pobocznych jest uwolnienie zakładników. Na niewielkim obszarze jest kilku rojalistów, którzy pilnują związanych jeńców. Wywołanie alarmu niemalże automatycznie oznacza egzekucję porwanych. Trzeba zatem po cichu likwidować pojedyncze cele, najlepiej za pomocą łuku, kuszy lub po prostu nożem od tyłu. Nie brak też sytuacji, w których skradanka jest zaledwie wskazana, bo odpowiednio wyposażony bohater może wpaść między wrogów i wyciąć wszystkich dookoła w pień, stojąc na środku placu. Co kto lubi. To miło ze strony twórców, że zapewnili tu niemałą dowolność. Masowa eksterminacja się nie nudzi, cały czas chce się kombinować z broniami i dostępnymi środkami... i to zapewnia niemałą frajdę na długie godziny. Grywalność to bardzo mocna strona Far Cry 4.

Mapa świata jest naprawdę duża. Gracz ma, oczywiście, sporą dowolność w tym, co chce robić. Nie będzie bezczynny dłużej niż kilka minut; nawet w drodze do punktu docelowego popychającego wątek główny do przodu napotyka masę wydarzeń pobocznych. A to można ostrzelać jakiś konwój Pagana Mina, odbić zakładników, obronić rebeliantów, a to zapolować na zwierzynę czy pomóc okolicznej ludności. Masa tego, nie sposób się nudzić. Jest też mnóstwo różnych skrzyń i starożytnych masek do odszukania. A jeżeli to dla kogoś za mało, niech wie, że kilkanaście godzin można spędzić na odbijaniu fortów z rąk rojalistów oraz likwidowaniu przekaźników propagandowych na szczytach wież. Jest też bardzo dużo ciekawych miejsc do odwiedzenia, a pojawienie się w każdym to przecież cenne doświadczenie.

Był taki moment, że po wykupieniu umiejętności jazdy na słoniu przez bite dwie godziny przemierzałem Kyriat i niszczyłem, co tylko się dało, szarżując na grzbiecie zwierzęcia z granatnikiem w ręku. Nawet przez moment nie poczułem się znużony. Mógłbym tak jeszcze długo bawić się w najlepsze, musiałem jednak poznać jak najwięcej z bogatego świata gry, aby się podzielić wrażeniami.

Nie było mi jednak dane spróbować zabawy wieloosobowej, ale intuicja mi podpowiada, że zabawa na TS-ie z kumplem to byłaby nieziemska frajda. Jest też wiele innych aspektów, o których mógłbym tutaj napisać, lecz wystarczy to, że gra jest olbrzymia, zabawa zaś – po prostu przednia. A jeżeli komuś będzie mało, jest dostępny prosty w obsłudze edytor map. Mało kto dzisiaj zapewnia takie narzędzia – spory plus dla twórców gry.

2