Piaskownica pełna nieumarłych
Dead Rising 3, podobnie jak poprzednie części, jest grą typu sandboks. To znakomity wybór jej twórców, zresztą nie spodziewaliśmy się niczego innego, zważywszy na specyfikę rozgrywki. Los Perdidos to rozbudowane miasto, szczegółowo oddane, choć pod względem powierzchni daleko mu do gier pokroju GTA V. Składa się z czterech dzielnic, które są ze sobą połączone mostami. Początkowo mamy dostęp tylko do jednej, ale gra względnie szybko pozwala szybko wybrać się do innych. Wszystkie znacznie się od siebie różnią. Podmiejska dzielnica Ingleton ma zabudową zupełnie inną niż pełna drapaczy chmur Central City. Całe Los Perdidos jest też dość zróżnicowane w pionie: do wielu budynków da się wejść, można się też dostać na niejeden dach. Warto się szwendać, bo plany i części składowe tych naprawdę morderczych zabawek są nieźle poukrywane. Widać, że projektanci gry przywiązywali naprawdę dużą wagę do detali. Mnogość obiektów, zróżnicowanie budynków, samochodów, wnętrz wielu przybytków... To z pewnością zrobi wrażenie na kimś, kto spodziewał się marnej jakości konsolowego „portu”.
W mieście Nick oprócz tego, że masowo eksterminuje zombie, walczy z wojskiem, które jak zawsze chce wszystkich spacyfikować, w tym cywili. Jest też frakcja anarchistów, którzy likwidują każdego w zasięgu wzroku, niezależnie od tego, czy jest żywy czy martwy. Ci panowie mają swoje przystanki na środku ulic, zastawione ciężarówkami i stertami opon, często są wyposażeni w broń palną, tak samo jak, rzecz jasna, wojsko. W odróżnieniu od nieumarłej hordy żywi przeciwnicy nie stoją bezmyślnie w miejscu i potrafią nieźle dać się we znaki. Zresztą podobnie było w drugiej części Dead Rising – tam żywi byli nieporównywalnie większym zagrożeniem.
Powróciły walki z psychopatami. Niektórzy po prostu gorzej radzą sobie z sytuacją dookoła i zamiast przyjąć rzeczywistość taką, jaka faktycznie jest, wolą się zamknąć w swoim małym, pokręconym światku. Niech za przykład posłuży kulturysta przebrany za kobietę, który utrzymuje, że faktycznie nią jest, kobieta tak gruba, że wymaga specjalnego wózka, która obraża się, a jakże, za uwagi o zbędnych kilogramach, i sadomasochista z wybuchowym dildo. To zaledwie wybrani spośród smutnych, groteskowych i jednocześnie barwnych szaleńców, jakich graczom zapewnił Capcom. Nie ma co, ktoś ma tam niemałe i zarazem nieco wypaczone poczucie humoru. Dead Rising 3 pod tym względem zadziwia równie mocno jak poprzednik i to zdecydowanie jest coś, co przydaje grze ciężkiej atmosfery.
Los Perdidos wyda się spore komuś, kto zechce je zwiedzać na nogach, ale tym razem twórcy zupełnie inaczej podeszli do kwestii pojazdów. Teraz mają one większą wartość bojową, do tego stopnia, że bez najmniejszego problemu radzą sobie z całymi zastępami mięsa nieumarłego oraz tego jeszcze żyjącego. Za pomocą przecinaka i palnika da się bez problemu stworzyć z dwóch pojazdów coś naprawdę śmiercionośnego. Nick, mając pod ręką walec lub koparkę, może zbudować w ten sposób opancerzoną ciężarówkę z przerośniętą strzelbą na dachu albo motor z walcem zamiast koła z przodu. Bomba. Oczywiście, śmierć zadana z pojazdu nie jest równie widowiskowa jak wtedy, gdy w użyciu jest broń biała, stąd liczba punktów prestiżu za walkę w taki sposób jest bliska zeru. Jednak wóz wyposażony w noże i zderzak z kolcami znacznie ułatwia przemieszczanie się na duże odległości. Jest też całkiem sporo tradycyjnych samochodów i motorów, a przy tym przyzwoicie zróżnicowano ich działanie. Inaczej prowadzi się choppera, a inaczej ścigacz, podobnie jest ze starym mustangiem i klonem Lamborghini.
Gracz ma w Los Perdidos duże pole do popisu. Co prawda czas do zrzutu bomby nieubłaganie ucieka, ale to nie oznacza, że Nick musi się skupić tylko na wątku głównym. Warto wykonywać zadania poboczne chociażby po to, żeby było nieco łatwiej, choć sporym ułatwieniem jest już możliwość zapisania stanu gry w dowolnym momencie. Podstawowa działalność polega na ratowaniu ludzi z miejsc oblężonych przez nieumarłych: zazwyczaj trzeba wybić wszystkich dookoła miejsca, gdzie schronił się ocalały, na przykład samochodu lub domu. Są też misje polegające na wybijaniu zombie na czas, a im więcej się tego tałatajstwa utłucze, tym więcej punktów prestiżu się zdobędzie. Czasem dzwoni telefon, zgłasza się jeden z wariatów, a wówczas na mapie pojawia się stosowny znak – i można się tam udać, by spacyfikować delikwenta. Często też z Nickiem kontaktuje się za pomocą komórki osoba, która za nic w świecie nie chce się dostać do strefy bezpieczeństwa, przynajmniej do czasu, aż się jej nie wyświadczy jakiejś przysługi. Sporo tego, w Dead Rising 3 jest co robić. Jeśli komuś znudzi się zabawa w pojedynkę, może założyć grę w sieci. Określa się wówczas, do jakich zadań potrzebny jest drugi gracz (speedrun, fabuła, wybijanie i tak dalej), a następnie można wespół w zespół siać spustoszenie.
