Potrzeba matką wynalazków, znowu
Dead Rising 3 to połączenie survival horroru, gry akcji oraz odrobiny erpega, w którym bohater jest ukazany z perspektywy trzecioosobowej. Wciela się on, oczywiście, w postać Nicka. Początki są trudne, Latynos ma mało „życia”, nie może długo biegać i ogólnie jest dość podatny na wszędobylskie nieumarłe mięso. Ale z czasem staje się coraz większym wymiataczem. W zamian za wykonywanie zadań oraz mordowanie zombie Nick może awansować na kolejne poziomy doświadczenia, a na każdym otrzymuje jeden punkt cech, który może rozdysponować według uznania. Już po zerknięciu na kartę postaci widać, że nie ma szans na osiągnięcie maksymalnych wartości wszystkich współczynników, za dużo tego. Każdy punkt pozwala rozwinąć konkretną cechę o jeden stopień. Do wyboru są między innymi: punkty „życia”, długość biegu, posługiwanie się bronią białą, dystansową, pojemność kieszeni, jazda samochodem.
Jedną z zasadniczych zmian w stosunku do poprzedniej części jest możliwość tworzenia na bieżąco różnych przedmiotów – nie potrzeba już do tego odpowiedniej stacji. To nieco dynamizuje rozgrywkę, choć w dalszym ciągu gracz ma bardzo ograniczone kieszenie – na początku zabawy może mieć przy sobie dosłownie cztery przedmioty. Nick nie dość, że jest uzdolniony w tworzeniu narzędzi mordu, to jeszcze może pracować nad prędkością ich montowania, by dosłownie w mgnieniu oka stworzyć na środku ulicy coś, co wszystkim dookoła przyniesie śmierć równie malowniczą, co brutalną. To bardzo pozytywna zmiana. Dead Rising 3 jest tak skonstruowana, że na całym terenie gry są porozrzucane dosłownie tony różnych przedmiotów, więc znalezienie czegoś przydatnego to kwestia dosłownie sekund. Oczywiście, zróżnicowano siłę rażenia różnych przedmiotów: kołpakiem od samochodu albo paczką czipsów nikomu nie zrobi się większej krzywdy, co innego katana, topór dwuręczny lub karabin maszynowy. Liczba możliwych kombinacji jest naprawdę duża, ponad setka. Niektóre są proste, chociażby gwoździe plus kij bejsbolowy. Ale katana i kosa... A gdy nieopodal znajdzie się jeszcze benzyna, która pozwoli podpalić już i tak śmiercionośną końcówkę... cóż, serce rośnie.
Większość z naprędce skonstruowanych broni, gdy już się znajdzie w rękach Nicka, obdarowuje go indywidualnym wachlarzem ataków. Są proste, lecz główny bohater, dzierżąc zwykły nóż, wyprowadza zupełnie inne ciosy niż wtedy, gdy chwyci wspomnianą płonącą kosę. Tak wyposażony, Nick kręci niezłe piruety. Na początku gry lista możliwych kombinacji jest skromna, bliska zeru, ale na terenie Los Perdidos są porozmieszczane zwoje z planami technicznymi, w dodatku ładnie oznaczone na mapie, gdy jest się gdzieś w ich pobliżu.
System walki pozornie jest prosty, jednak daje masę frajdy. Głównie dlatego, że bronie są mocno powyginane, zupełnie inaczej działają, często kuriozalnie, nawiązują też do innych gier. Prosty przykład: Nick konstruuje z silnika motorowego i rękawic bokserskich twór o nazwie Smocza pięść, a następnie go przywdziewa. Przeprowadza nim gwałtowne ataki na wprost, ale jest też taki, który pozwala wyskoczyć z uniesioną pięścią i okrzykiem Hadouken! na ustach. Niewątpliwie już teraz na twarzy niejednego miłośnika bijatyk pojawił się uśmiech, a podobnych zabawek jest znacznie więcej, zaręczam. W Dead Rising 3 gra się naprawdę wybornie również dlatego, że przeciwników jest mrowie: na ekranie może ich być nawet kilkuset, silnik na to pozwala, a im większy postęp w grze, tym większe skupiska się spotyka.
Animacje śmierci nieumarłych są naprawdę widowiskowe. Nieżywe pokraki są cięte i sieczone na tyle różnych sposobów, że naprawdę miło się to ogląda, oczywiście pod warunkiem, że umie się zachować dystans do krwawego show na ekranie. Jucha leje się hektolitrami, bohater cały czas jest nią upaćkany od stóp do głów, ulice szybko stają się czerwone. Całości dopełniają stosowne odgłosy. Można tak się bawić całymi godzinami, eksperymentując z różnym ekwipunkiem na coraz to większych skupiskach zombie, i zaręczam, to się nieprędko nudzi.
