Prawie że sandboks
Świat w Risen 3: Władcy tytanów jest dość rozbudowany, choć początkowo sprawia wrażenie mocno ograniczonego. To po części sandboks, bo gracz ma dowolność w odwiedzaniu poszczególnych miejsc według uznania, do każdego może się dostać jednym kliknięciem swoją łajbą. Na niej też wybiera towarzysza podróży. Niemniej cała mapa jest podzielona na kilka kluczowych obszarów, a dotarcie do wybranego jest równoznaczne z wczytaniem się minimapy. Są na niej zaznaczone co ważniejsze elementy, takie jak: osady, świątynie, wejścia do kopalni, ale większość trzeba odszukać samemu, bo gra nie ma w zwyczaju prowadzić cały czas za rękę. Niektóre miejsca są znane z poprzedniej części gry, choćby Tacarigua czy Antigua.
Główne obszary można co prawda policzyć na palcach dwóch rąk, niemniej po dotarciu do którejkolwiek okazuje się, że są dość rozbudowane, zarówno w pionie, jak i w poziomie. Jest cała masa podziemnych przejść, jaskiń, mostów położonych nad przepaścią, jezior i mniejszych oraz większych osad, choć te ostatnie praktycznie zawsze sprawiają wrażenie opustoszałych. Na początku myślałem, że niektóre miejsca, na przykład te mniejsze wioski, są stylizowane na upiorne i wyglądają, jakby jakaś zaraza wybiła praktycznie całą populację, wyłącznie po to, aby wywołać poczucie zagrożenia, ale szybko się przekonałem, że nawet te najbardziej imponujące mają tyle postaci niezależnych co kot napłakał.
Zróżnicowanie graficzne jest spore, poszczególne wyspy różnią się atmosferą. Przykładowo Antigua to obraz rozpaczy i wszechobecnego zła. To się czuje, gdy się patrzy choćby na domostwa i ciemne zabarwienie krajobrazu, podczas gdy burzowa wyspa Taranis to wizualny raj: kolorowy, majestatyczny, z tropikalną roślinnością i potężnym gmachem opływających w dostatek magów, a odgłosy piorunów przydają temu wszystkiemu rozmachu. Lecz pojawia się pewien zgrzyt: wszystko to wygląda bardzo ładnie w naszej galerii, ale w praktyce bardzo często jest „plastikowe” i toporne. Zabrakło tej szczegółowości, do której przyzwyczaiły nas takie gry, jak Watch Dogs i ostatnia część Assassin's Creed. Trójka to zdecydowanie nie ten poziom, pod tym względem jest jak gra sprzed kilku lat. Można odnieść wrażenie, że ludzie z Piranha Bytes bronią się przed nowoczesnością i współczesnymi standardami. Albo ich czas naglił i nie dorzucili całej masy rzeczy, które im się marzyły. Tak czy inaczej, nie ma ich.
W każdym razie w Risen 3 jest co robić. Praktycznie każda postać niezależna ma coś do powiedzenia, większość czegoś od Bezimiennego chce i to od niego zależy, czy podejmie się zlecenia i na jakich warunkach: za darmo czy nie. Gra jest tak pomyślana, że najpierw trzeba wykonać określoną liczbę zadań, aby popchnąć fabułę dalej, takie odniosłem wrażenie. Zadania często przeplatają się i są w różnym stopniu skomplikowane: czasem chodzi o zebranie kilku przedmiotów, a czasem to wiele potyczek jedna za drugą. Niekiedy trzeba z kimś porozmawiać w odpowiedni sposób, co też nieco urozmaica zabawę. No i wszystkie te czynności zajmują czas: aby „wymaksować” grę, pewnie trzeba w niej spędzić co najmniej trzydzieści, czterdzieści godzin.
Jak na pirata przystało, Bezimienny ma swój dziennik, z którego poziomu może wybrać zadanie, to zaś zostanie oznaczone na mapie. Ma on też dostęp do mapy świata, dzienników i tym podobnych. W świecie Risen 3 nie brakuje także różnych notatek, a niektóre prowadzą do skarbów, znacząco zwiększających zasoby złota. Jest również cała masa przedmiotów codziennego użytku, roślin, potworów do ubicia i innych, typowych dla gatunku elementów. Trzecia część Risen ma pod tymi względami wiele wspólnego choćby ze Skyrimem.
Jednakże jest mniej dopracowana, głównie od strony technicznej. Wspomniana toporność dotyczy wielu aspektów gry, nie tylko walki, ale też przykładowo poruszania się. Lecz nawet pomimo tych wad jednego Trójce nie można odmówić: klimatu. Bezimienny rzuca wulgaryzmami na lewo i prawo, zachowuje się jak prawdziwy pirat, a gracz ma spory udział w kształtowaniu jego kręgosłupa moralnego. Dialogi bywają bardzo różne: od ciekawych, humorystycznych i wciągających poprzez drętwe i mało odkrywcze. Efekt jest taki, że pomimo całej masy elementów oklepanych, niczym niezaskakujących gracza i – już po raz kolejny – topornych zabawa jest wciągająca. Niektóre rzeczy naprawdę frustrują, na przykład wszędobylska „plastikowość”, ale te pozytywne strony gry jednak sprawiają, że chce się dalej być piratem. Władcy tytanów to zdecydowanie nie jest typowy tytuł, coś w sobie z całą pewnością ma.
