No to w drogę
Twórcy przygotowali dla nas 100 tras położonych w 22 różnych miejscach. Większość z nich już znacie, bo pojawiły się w poprzednich częściach serii. Oczywiście, nie jest to 100 różnych torów, bo zestaw obejmuje także ich przeróbki (np. z lekko skrócone okrążenia), a nawet okrążenia pokonywane w odwrotnym kierunku. Całkowitą nowością jest natomiast tor Sepang, który jest miłym prezentem dla miłośnika wyścigów. Niemniej jednak naprawdę często będziecie mieli wrażenie, że „gdzieś to już widzieliście”. Z drugiej strony chyba każdy się ucieszy z powrotu na ulice San Francisco w zawodach Street Racing. Ci, którzy w pierwszego GRID-a grali dawno temu lub w ogóle w niego nie grali, raczej nie powinni narzekać na powtarzalność.

Za każdy ukończony wyścig otrzymujemy punkty doświadczenia, przypisane do każdej z wcześniej przedstawionych dyscyplin. Zdawało się, że pozwoli to skupić się na ulubionych konkurencjach, ale nic z tego. Aby odblokować zawody GRID Series, trzeba zdobywać punkty mniej więcej równomiernie, bo dopiero przekroczenie pewnego progu w każdej z dyscyplin pozwala wziąć udział w tych swego rodzaju mistrzostwach. Jest to uciążliwe i raczej męczące, bo liczba zawodów z każdym kolejnym sezonem się zwiększa. Niestety, nie zwiększa się przy tym różnorodność, a wierzcie, że oglądanie tego samego toru po raz n-ty nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń. Zawody GRID Series są wręcz kwintesencją tego, co można zrobić, by sztucznie wydłużyć rozgrywkę. Mamy tam 10 konkurencji, z których niektóre mają po kilka rund, do tego dochodzą eliminacje i opcjonalny trening (dla tych, którzy chcieliby poznać tor). A w takim drifcie rundy, choć są aż cztery, z czego większość ma dwa przejazdy, są krótkie i intensywne, więc to w tym trybie bawiliśmy się najchętniej.

Na drugim biegunie jest tryb Endurance, wręcz wyjątkowo nudny. I piszę to nawet pomimo tego, że potrafiłem przez kilka godzin robić okrążenia w wyścigu 24h Le Mans. Z trybem tym wiąże się nierozerwalnie system niszczenia opon. Co prawda moim zdaniem jest ciekawy, ale całkowicie go zepsuto. W zapowiedzi pojawiła się informacja, że opony będzie bardzo trudno zniszczyć. Jest nieaktualna, bo w pełnej wersji gry szybkość zużycia ogumienia drastycznie zwiększono. I nawet nie trzeba opuszczać trasy: także jazda wyłącznie po nawierzchni toru bardzo szybko powoduje trudności z zapanowaniem nad samochodem. Tutaj bardzo mocno przesadzono.
Już samo kierowanie autem jest większym wyzwaniem niż w drugiej części serii, ale prostsze niż w Jedynce. I mówimy tutaj o jeździe zarówno z włączonymi wspomagaczami, takimi jak kontrola trakcji czy ABS, jak i bez nich. Co ciekawe, niektóre ułatwienia, choćby kontrola stabilności, działają wyjątkowo źle i potrafią utrudnić grę. Delikatny poślizg (ale nie drift) czasem jest potrzebny, a tutaj wręcz został całkowicie wyeliminowany. Na szczęście już od średniego poziomu trudności opcja ta jest wyłączona i nie przeszkadza w jeździe. Co niektórych może zaniepokoić, w GRID Autosport da się przyjemnie pograć nawet na klawiaturze, ale chyba nikt nie spodziewał się symulatora.

Samochody można tuningować, choć możliwości na tym polu zależą w dużej mierze od sponsora i samego auta. Czasem liczba opcji jest naprawdę duża, innym razem suwak ma tylko dwie dodatkowe pozycje w prawo i dwie w lewo. Jak przystało na następcę GRID-a, auta można też niszczyć i dotyczy to zarówno samej karoserii, jak i kilku elementów właściwej konstrukcji. Uderzenie z dużą prędkością w samochód czy element znajdujący się poza trasą skutkuje uszkodzeniem silnika, układu kierowniczego lub chłodnicy. Wtedy rywalizacja z innymi kierowcami może być mocno utrudniona, a po większej kraksie problemem bywa nawet dojechanie do mety.
