Grafika i dźwięk
Wykorzystany w Wolfenstein: The New Order silnik nie jest żadnym zaskoczeniem. Narzędzia stworzone pod kierownictwem Johna Carmacka to też jedna z wizytówek serii. Tym razem wybór padł, a jakże, na id Tech 5, co wiąże się z kilkoma następstwami. Przede wszystkim widać, że silnik nie radzi sobie szczególnie dobrze z zapewnieniem interaktywności i szczegółowości otoczenia w dużych obszarach. Z pewnością nie tak dobrze jak narzędzia CryTeka. Tak było w przypadku Rage, nawet pomimo otwartości świata tej gry, a w Wolfenstein: The New Order historia się powtarza. id Tech 5 jest gwarantem surowej i sterylnej grafiki, która świetnie się sprawdza podczas eksplorowania starych baz badawczych, laboratoriów, podziemnych bunkrów i tym podobnych, czyli raczej ciasnych pomieszczeń o specyficznym, surowym wystroju. Ponieważ w Wolfenstein: The New Order takich miejsc nie brakuje, rezultat jest zadowalający. Choć trzeba mieć na uwadze znikomą interaktywność tej gry: jedynie niektóre szyby oraz fragmenty elewacji dadzą się demolować. Jednym wygląd gry się spodoba, innym nie. Z pewnością nie zabraknie osób, które uznają ją za wizualnie przestarzałą, i poniekąd będą miały rację.
W kwestiach czysto technicznych jest tak, jak być powinno. Widać promienie słońca, świetną głębię ostrości, efekty HDR i tym podobne. Ale rzucają się też w oczy rzeczy, które świadczą o tym, że Wolfenstein: The New Order powstawał z myślą głównie o konsolach. Zastanawiająca jest liczba wielokątów przypadających na niektóre obiekty. Wizytówką id Tech 5 jest rendering twarzy: niektóre naprawdę robią wrażenie (stąd tyle ich w galerii), zarówno mimiką, jak i szczegółowością. Co innego na przykład włosy: te zazwyczaj są bardzo statyczne, wyglądają przeciętnie, a nawet słabo, co bardzo mocno kontrastuje z resztą. Daleko im choćby do efektów użycia techniki TressFX. Podobnie jest z przeciwnikami. Psy bojowe i żołnierze wyglądają naprawdę nieźle: sporo na nich krągłości, mocap też jest niczego sobie. Natomiast potężne machiny nazistów to ich przeciwieństwo. Często widać po nich, że są zlepkiem dosłownie kilku wielokątów powleczonych niskiej jakości teksturami. To samo dotyczy całej gamy pozostałych obiektów, od budynków po przedmioty codziennego użytku. Oświetlenie też na pierwszy rzut oka robi bardzo dobre wrażenie, zwłaszcza na twarzach, jednak po chwili gracz się przekonuje, że cała reszta jest wyjątkowo statyczna. Trochę to niedzisiejsze.
Wolfenstein: The New Order jest pełen graficznych sprzeczności. Można to podciągnąć pod specyfikę silników Johna Carmacka, na wielu płaszczyznach do siebie podobnych, lub uzasadnić ich niedopracowaniem, choć rezultat to również mniejsze wymagania co do sprzętu.
Co innego oprawa dźwiękowa. Tutaj Wolfenstein: The New Order bardzo pozytywnie zaskakuje. Na potrzeby gry powołano do życia wirtualną firmę o nazwie Neumond Recording Company, która oferuje całą listę szlagierów niczym prosto z epoki. To składanka melodyjnych, często folkowych kawałków, oczywiście w języku niemieckim, jakby żywcem wziętych z filmów Quentina Tarantino. To doskonale pasuje do klimatu – kto lubi filmy tego reżysera, z pewnością wie, co mam na myśli. Oprócz nich jest sporo ciężkiego, elektronicznego grania, które brzmi na tyle dobrze, że z chęcią posłuchałbym niektórych utworów poza grą. Ponownie przypomniały mi się Bękarty wojny...

