artykuły

Wolfenstein: The New Order – recenzja

Nowy porządek, stare zasady

53
22 maja 2014, 11:44 Dawid Grzyb

„Gdzieś ty się podziewał, Blazkowicz?”

Wolfenstein: The New Order to pierwszoosobowa gra akcji należąca do tego samego gatunku co poprzednie części serii. Rozgrywka sprowadza się zatem do jednego: prucia do wroga ze wszystkiego, co tylko jest pod ręką, i parcia do przodu. Nie będzie zatem żadnym zaskoczeniem, przynajmniej dla większości z Was, wiadomość, że zabawa to odmóżdżająca, lecz bardzo satysfakcjonująca sieczka. Kto oczekiwał czegoś więcej, srogo się zawiedzie. Jednakże The New Order ma całkiem sporo do zaoferowania, nawet pomimo prostoty i braku innowacji. Główny bohater nazywa się tak samo, ale widać po nim, że twórcom gry zależało na tym, by możliwie zbliżyć go do oryginału. Tamten składa się z dosłownie kilku pikseli na krzyż, lecz gdy patrzy się na miniaturę na pasku HUD w pierwszej grze z serii, a następnie na twarz Blazkowicza w The New Order... cóż, nie sposób nie zauważyć podobieństwa, co niezmiernie cieszy. 

Po raz pierwszy gracz poznaje Blazkowicza bliżej. W Return to Castle Wolfenstein był niemową, a w następcy z 2009 roku – typowym amerykańskim bohaterem, który z każdej opresji wychodzi cało, a przy okazji z wyglądu niewiele ma wspólnego z oryginałem. Konwencja tamtej gry bardziej pasowała do filmów o przygodach Indiany Jonesa. Co prawda nic w tym złego, Blazkowicz sprzed blisko pięciu lat naprawdę dał się lubić, ale do pięt nie dorasta temu obecnemu. The New Order pod wieloma względami zdecydowanie bliżej do Bękartów wojny. W porównaniu z poprzednimi częściami serii to gra wyjątkowo posępna, nie tak znowu płytka, jak z początku mogłoby się wydawać. W końcu realia są nieciekawe, skoro naziści wygrali wojnę i wprowadzili swój porządek, a gracz stanowi opozycję. Cóż, musi mieć pod górkę bardziej niż dotychczas i to się udało twórcom The New Order osiągnąć. Widać, że zależało im na stworzeniu specyficznej atmosfery, poczucia zagrożenia, a często również beznadziei. Gra jest nadspodziewanie klimatyczna, miejscami ciężka w odbiorze, a miejscami wręcz zabawna... i to są bardzo mocne strony The New Order. Szeroko pojęta nastrojowość świetnie się komponuje z akcją i nie odnosi się wrażenia, że którykolwiek element został wstawiony na siłę – całość jest spójna i niewymuszona. Gracz płynie z prądem, chłonie niczym gąbka akcję oraz nie taką znowu wyszukaną, ale przyzwoitą fabułę.

Nowy Blazkowicz odstawia kilka tanich filmowych sztuczek, lecz jest to postać nieprzerysowana, dająca się lubić w całej rozciągłości. Nie chcę zdradzać szczegółów, w każdym razie szybko się przekonujemy, że nie miał łatwo. W końcu obudzenie się z letargu po kilkunastu latach tylko po to, by się dowiedzieć, że ci źli wygrali, z pewnością nie jest przyjemnym doświadczeniem. Jednakże czasu nie traci, scena w piwnicy z piłą mechaniczną w ręku i pewnym Niemiaszkiem przywiązanym do krzesła robią swoje. Da się też odczuć, że Blazkowicz to nie żadna bezlitosna, niema machina bojowa, ale żołnierz. Jak najbardziej wymiatacz, w dodatku skupiony na likwidowaniu nazistów, a jednak człowiek, w dodatku mówiący więcej niż kiedykolwiek przedtem.

Wspominam o tym wszystkim dlatego, że w grze jest naprawdę sporo przerywników filmowych, mocno okraszonych liniami dialogowymi. Te zaś są naprawdę przyzwoite. Spodziewałem się gadki o heroizmie, walce o słuszną sprawę i tym podobnych, a zamiast tego twórcy gry zaserwowali nam czarny humor przyozdobiony wulgaryzmami. Rozmowy postaci bywają przezabawne. Nie słychać w ich głosach patosu, desperacji i innych takich, są za to chamskie docinki, wspominanie przeszłości, normalne rozmowy. Gdy w całość poskłada się alternatywną rzeczywistość, oprawę muzyczną oraz naprawdę przyzwoite dialogi, okazuje się, że atmosfera w The New Order faktycznie przypomina produkcje Quentina Tarantino. Sytuacyjny, czarny humor momentami naprawdę bawi.

2