Symulator złodzieja
Najnowszy Thief to, podobnie jak większość poprzednich części serii, skradanka pierwszoosobowa. Gracz wciela się w rolę Garreta – sprawnego, legendarnego mistrza złodziejskiego fachu, który potrafi ukraść wszystko i każdemu, by po chwili czmychnąć gdzieś w cień. Skoro mamy do czynienia z profesjonalistą, twórcy gry zaniechali pierwotnego pomysłu przyznawania punktów doświadczenia. Przyjęli, że Garret o swoim zawodzie wie już wszystko, nie musi się uczyć niczego. Nie obeszło się bez fali krytyki tego pomysłu ze strony miłośników serii. W najnowszym Thiefie przed graczem stoi tak naprawdę tylko jedno zadanie: kraść. Kraść na potęgę wszystko, co ma jakąkolwiek wartość, czy to srebrny widelec, czy obraz wart kilkadziesiąt razy więcej. Garret potrzebuje funduszy, a tych zawsze jest za mało.
Mechanika gry to nic, czego już byśmy nie widzieli. Miasto, w którym rozgrywa się akcja, pełne jest zaciemnionych miejsc, gdzie Garret czuje się najlepiej. Najskuteczniejszy sposób rozgrywki to trzymanie się właśnie cienia, przemykanie od jednego do drugiego. Wiąże się to z nieustannym obserwowaniem otoczenia i pozostaniem niezauważonym, a gdy nadarzy się okazja – grabieżą i powrotem do cienia. Główny bohater jest tam na tyle niewidoczny, że nawet przechodzący półtora metra obok strażnik go nie zauważy. Stosowny wskaźnik informuje gracza o tym, ile mu brakuje do wykrycia. To jedna strona Thiefa. Drugą jest szybkie pokonywanie dużych odległości po kolejnych dachach i przeszkód w stylu parkour. Odbywa się to płynnie i daje dużo frajdy, bo Garret to niezgorszy akrobata.
Gracz nie ma możliwości teleportowania się pomiędzy poszczególnymi miejscami w grze z poziomu mapy, wszędzie trzeba dojść pieszo. Można się w tym z początku dopatrywać chęci wydłużenia na siłę rozgrywki. Ja w tym widzę pewną dozę realizmu, w końcu Thief zalicza się do umownie realistycznych gier. Ale w praktyce po mieście wędruje się przyjemnie, nawet pomimo tego, że raz po raz gracz trafia tam, gdzie już był kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt razy.
Choć zdecydowanie najskuteczniejszym sposobem gry w Thiefa jest pozostanie niezauważonym, walka jest jedną z opcji. Mało efektywną i niezbyt pasującą do realiów, ale gdy wszystkie inne środki zawiodą... cóż, dobre i to. Tak czy inaczej, Garret to postać wyjątkowo krucha, zwłaszcza na wyższych poziomach trudności. Ze starcia wręcz z dwójką strażników trudno jest ujść z życiem w początkowej fazie gry. Później robi się nieco łatwiej, ale nigdy nie jest to na tyle proste, aby starania były warte zachodu. Tak naprawdę w Thiefa można grać na trzy sposoby: likwidując wszystkich jak leci, co jest mało wydajne, unikając starć nawet w momencie wykrycia albo... pozostając niezauważonym przez cały czas. Ten ostatni styl wymaga cierpliwości, często powtarzania wielu fragmentów rozgrywki po kilka razy, ale jest piekielnie satysfakcjonujący. To droga prawdziwego złodzieja: wejść, ukraść i wyjść tak, aby ofiara nawet się nie zorientowała, że właśnie została ograbiona. Miłośnicy serii będą wniebowzięci, bo pod tym względem dostali starego dobrego Thiefa, ale technicznie godnego dzisiejszych czasów. W porównaniu z poprzednikami – lepszego w każdym calu.
Gracz po każdej misji dostaje elegancki diagram kołowy, który przedstawia, w jakim stopniu był drapieżnikiem (walka), łowcą okazji (kradzieże) lub też duchem (pozostanie niewykrytym). Jest tam również kilka innych statystyk oraz lista wyzwań, którym udało się podołać.
Postać w grze ulepsza się w ciekawy sposób. Można powiedzieć, że nieinwazyjnie. Gracz wszystko kupuje za żywą gotówkę i w praktyce notorycznie cierpi na jej brak. No chyba że bardzo skrupulatnie będzie czyścił ze świecidełek wszystko i wszystkich. Na czarnym rynku może dokupić dodatkowe strzały, a tych jest kilka rodzajów: wodne, ostre, obuchowe, zapalające, linowe, wywołujące nudności... wszystko jest. W większości, podobnie jak w poprzednich częściach gry, nie tyle służą do robienia krzywdy bliźnim, ale na przykład pozwalają zgasić źródło światła lub dostać się w teoretycznie niedostępne miejsce. Kilka apteczek również nie zaszkodzi. Ponadto w późniejszym etapie zabawy da się dokupić dodatkowe złodziejskie akcesoria, które pozwalają wycinać obrazy z framug oraz rozbrajać pułapki. Można też nieco rozbudować łuk Garreta, wytrychy czy obuchową pałkę. Podobnie jest z pancerzem. Lecz twórcy gry zrezygnowali z wszelkich statystyk przedmiotów. Modyfikacje są opisane jedynie słownie, a przy tym dość oszczędnie.
Garret nabył jedną nową umiejętność, tak zwane skupienie. Uaktywniona, działa przez jakieś kilkadziesiąt sekund. Pozwala mu ona przede wszystkim dostrzegać ukryte przełączniki, pułapki, lepiej słyszeć odgłosy straży i tak dalej. Ale zwalnia też czas, co powoduje, że od pewnego momentu walka może się zrobić łatwa. Ja z tego udogodnienia nie korzystałem, bo szybko się zorientowałem, że za bardzo psuje klimat. Owszem, dla niektórych okaże się zbawieniem, mnie jednak po prostu nie odpowiada, jest przesadnym uproszczeniem. Dobra wiadomość jest taka, że na prawdziwych wyjadaczy czeka poziom trudności, w którym tryb skupienia jest wyłączony, podobnie jak możliwość zapisywania stanu gry – śmierć jest nieodwracalna. Miłośnicy Garreta, dostaliście to, na co czekaliście. To nie jest żaden wymiatacz, to raczej bardzo wprawny złodziej, w dodatku dobrze wyposażony. Z pewnością jego twórcy nie przesadzili w żadną stronę.
