Grafika i dźwięk
Poprzednia, trzecia część Assassin's Creed była bardzo dobra pod względem oprawy audiowizualnej. Rok temu nasze redakcyjne grono targały rozterki, czy wydanie tej gry na wiele platform wyjdzie jej na zdrowie. I zostaliśmy mile zaskoczeni. W Czwórce po raz kolejny wykorzystano silnik graficzny AnvilNext, nie zmieniła się także załoga, która stworzyła grę, dlatego byliśmy spokojni o jakość grafiki. Mamy dla Was dwa scenariusze: prawdopodobny i raczej niemożliwy. W tym pierwszym gra powstawała równolegle na wszystkie platformy, a pecety potrzebowały dodatkowego miesiąca dlatego, że trzeba było dopracować tekstury i zaimplementować kilka dodatkowych funkcji. W drugim gracze komputerowi dostali „port”, a przez ten miesiąc zastępy programistów i grafików przystosowywały wersję konsolową do platformy PC. Niezależnie od tego, co jest prawdą, rezultat jest jak najbardziej zadowalający i tak naprawdę tylko to tylko liczy.
Silnik Anvil nie zestarzał się: Assassin's Creed IV: Black Flag wygląda bardzo dobrze. Dla przypomnienia nadmienimy jedynie, że cała seria Ubisoftu jest oparta właśnie na nim. Najpierw nazywał się Scimitar, następnie Anvil, a jego obecna, przystosowana do konsol nowej generacji wersja to AnvilNext. Najnowsza odsłona serii Rainbow Six o podtytule Patriots też będzie na nim oparta. Ale choć Assassin's Creed IV: Black Flag wygląda okazale, nie jest pod tym względem lepszy od poprzednika. Owszem, realia się zmieniły, Karaiby są bardzo kolorowym miejscem, trudno jednak mówić nawet o ewolucji grafiki. Można odnieść wrażenie, że najnowsza odsłona przygód asasynów jest miejscami przedstawiona naprawdę szczegółowo, a tekstury nieco zyskały na jakości, ale nic ponad to. Zarzuty to w sumie drobnostki: nieprawidłowości w działaniu modelu kolizji obiektów, miejscami źle wyglądające krzaki i inne takie. Tak naprawdę tylko jedno mnie irytowało: ze względu na barwny, kolorowy i ostry świat przydałoby się zmiękczenie obrazu w tle; głębia ostrości jest widoczna doskonale tylko podczas bitew morskich, i to też nie zawsze. A podczas eksploracji jest jej za mało.
Grafika w Assassin's Creed IV: Black Flag może się też podobać dlatego, że jest realistyczna. Nie ma postaci niezależnych o niewłaściwych proporcjach i dotyczy to nawet zwierząt i roślin. Tak było również w poprzednich częściach serii – i oby jak najdłużej. Nie zabrakło HDR-u, DOF-u (chociaż tego jest za mało), dynamicznie zmieniającej się pogody, efektów cząsteczkowych, promieni słońca, miękkich cieni, stosownej liczby wielokątów przypadających na każdy obiekt, znakomicie wyrenderowanych twarzy głównego bohatera oraz kluczowych postaci i kilku innych popularnych efektów przetwarzania końcowego. Animacje również zasługują na pochwałę. Obserwowanie Edwarda w ruchu to czysta przyjemność, podobnie było z Connorem. Chociaż odniosłem wrażenie, że ten drugi poruszał się lżej, ale może to tylko złudzenie.
Oprawa dźwiękowa nie budzi zastrzeżeń. Muzyka doskonale pasuje do wydarzeń: tam, gdzie się robi dramatycznie, tam ścieżka dźwiękowa przybiera dramatyczne tony, nie słychać też przesadnego patosu rodem z hollywoodzkich wysokobudżetowych produkcji. Częstym zjawiskiem są również wesołe szanty. Podoba mi się połączenie bębnów oraz skrzypiec jako motywu odgrywanego bez okazji. Głosy aktorów są bardzo dobre, zróżnicowane, a facet podszywający się pod Edwarda chyba się urodził piratem.
Gra ma spore wymagania co do sprzętu. Do tego, jaki komputer jest potrzebny do płynnej gry, jeszcze powrócimy, ale jedno powiem już teraz: maszyna z platformy testowej w maksymalnych ustawieniach szczegółowości obrazu gwarantuje zaledwie 33–40 klatek na sekundę. Najgorzej jest podczas walk morskich: wówczas płynność potrafi spaść do poziomu 20 klatek na sekundę, za co winić należy wszechobecny, wolumetryczny dym.



