Wymiatacz już od początku
Mogłoby się wydawać, że początki w skórze Batmana będą dla Wayne'a ciężkie, że będzie nowicjuszem i średnio będzie sobie radził w walce z wszechobecną przestępczością. Nic bardziej mylnego: to wymiatacz niczym nieustępujący swoim późniejszym wcieleniom z poprzednich odsłon serii. Mało tego, wygląda tak, jak gdyby się wybierał na otwartą wojnę, nawet pomimo tego, że jego główną bronią jest uderzenie z zaskoczenia. Bruce Wayne przywdziewa w Batman: Arkham Origins pancerz, jakiego mogliby mu pozazdrościć jego dwaj poprzednicy, dzięki czemu jest dla mnie bardziej od nich wiarygodny. Twórcy najnowszej części jego przygód ukazują go bardziej jako podatnego na zranienie człowieka niż herosa, któremu nic nie jest straszne, i chwała im za to. Batman jest odziany w kombinezon składający się z masywnych wielowarstwowych płyt, które wraz z rozwojem fabuły pokrywają się śladami walki na skalę dotąd niespotykaną. W pewnym momencie jego peleryna przypomina sito, a czarna farba na naramiennikach to rzadki widok. Mroczny Rycerz nie jest też cherlakiem, w sumie lata ćwiczeń zrobiły swoje, ale porusza się lekko i widać, że wdzianko, które ma na sobie, zostało uszyte na miarę. Ogólnie podoba mi się kierunek, w którym podąża seria, bo alter ego Bruce'a Wayne'a staje się coraz bardziej wiarygodne.
W walce z przestępczością pomagają Batmanowi jego gadżety. Może korzystać z różnego rodzaju lin, zasłon dymnych, urządzeń deszyfrujących, batarangów i innych tego typu rzeczy. Już na samym początku ma dostęp do całkiem pokaźnej liczby zabawek, większej niż w poprzednich częściach. Dalsze są odblokowywane przy różnych okazjach, chociaż głównie wraz z rozwojem fabuły. Dzięki temu nie sposób od razu odszukać wszystkich teczek Enigmy i dostać się w niektóre miejsca, sprzęt nie pozwala, ale z czasem się do nich powraca. Oczywiście, nie każdy zechce odkryć świat gry w stu procentach. W każdym razie za wykonywanie zadań otrzymuje się punkty doświadczenia, które posłużą przy awansach na kolejne poziomy. Im lepiej gracz radzi sobie w walce, tym więcej ich dostaje. Można je wydawać w kilku miejscach i głównie pozwalają zwiększać odporność na obrażenia i kupować ułatwienia w walce, ale warto także inwestować w coraz skuteczniejsze gadżety. Batman jest też nagradzany doświadczeniem za wykonywanie określonych czynności, na przykład wysadzenie w walce wybuchowym żelem trzech wrogów lub lot o określonej długości. Naprawdę sporo tego i często trzeba się nagimnastykować, żeby dane zadanie wykonać, ale to trzyma gracza przy klawiaturze i jednocześnie nie jest zabiegiem, który sztucznie wydłuża rozgrywkę.
Sednem gry jest walka. Pod tym względem niewiele się zmieniło w porównaniu z poprzednimi częściami serii, i dobrze. W końcu po co zmieniać coś, co świetnie działa? Okładanie się z przeciwnikami jest dziecinnie proste: sprowadza się do wciskania w odpowiednim momencie przycisku kontry, a chwilę później – tego odpowiedzialnego za atak, i tak w kółko. Nieskomplikowane to, ale nagroda jest naprawdę duża. Nie ma nic lepszego niż uporanie się z trzydziestoma zbirami bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu, w dodatku jedną serią ciosów. Niech Was nie zwiedzie łatwość likwidowania kolejnych fal wrogów: na wyższych poziomach trudności bardzo liczy się wyczucie czasu, bo ginie się łatwo, zwłaszcza gdy do rozwałki dołączają osobnicy uzbrojeni w broń palną czy sieczną. Jeżeli gracz oberwie, to tylko ze swojej winy – skuteczność w walce zależy tylko od niego. Nie brak też zbirów przerośniętych i piekielnie silnych, zasłaniających się tarczami lub odzianych w ciężkie pancerze, na których nie można ot po prostu napierać. Z pomocą przychodzą wtedy gadżety oraz możliwość ogłuszania na różne sposoby, a im dalej, tym częściej się z nich korzysta.
To wszystko składa się na znakomitą zabawę. Co prawda nie wymaga ona myślenia, ale zręczność i trening jak najbardziej się przydają. Mechanika rozgrywki w serii o Batmanie moim zdaniem należy do najlepszych, jakie spotkałem w tego typu grach zręcznościowych. Zapewnia idealną równowagę, jeśli chodzi o poziom trudności. Jak to mawiają: easy to learn, hard to master. Dla hardkorów przewidziano pozbawiony opcji zapisu tryb I am the night, w którym ma się tylko jedno życie, to zaś powinno wystarczyć każdemu zaprawionemu w bojach weteranowi.
Na oddzielny akapit zasługują bossowie. Całkiem ich sporo, w końcu kontrakt na głowę Mrocznego Rycerza ściągnął do Gotham całą masę bardzo niebezpiecznych szumowin. Z każdym poważniejszym przeciwnikiem walczy się inaczej; często cała sekwencja jest podzielona na kilka części, z których każda jest testem innej umiejętności gracza. Te potyczki mocno się od siebie różnią, dają masę frajdy i nieźle nakręcają przed dalszą zabawą, o to przecież chodzi. Rozgrywka wciąga jak diabli, nawet pomimo tego, że gra niespecjalnie się różni od poprzednich z serii i jest oparta na sprawdzonych mechanizmach.
Tak naprawdę największą nowością jest tryb gry wieloosobowej. Opiera się on na rywalizacji dwóch wrogich gangów i wariacjach na jej temat, oczywiście z uwzględnieniem takich superłotrów, jak Bane i Joker, oraz drugiej strony barykady, Batmana i Robina. Nie miałem za dużo czasu na to, aby ocenić zabawę w sieci; rozegrałem jedynie kilka pojedynków. Była w porządku, choć większego entuzjazmu nie wywołała. Zdecydowanie bardziej wolałem się skupić na rozgrywce solo i „wymaksowaniu” gry. W momencie gdy piszę te słowa, jeszcze mi trochę brakuje, choć licznik już przekroczył piętnaście godzin. No i czeka na mnie Nowa Gra+ i kilka innych rzeczy, mniam.



