Miasto ciasne, ale własne
W porównaniu z poprzednikiem na lepsze zmienił się system celowania. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby z mocnego rewolweru trafić przeciwnika w głowę i go zlikwidować jednym strzałem, nawet z bardzo dużej odległości. Oczywiście, wymaga to wprawy w celowaniu i pociąganiu za spust w odpowiednim momencie, ale nie przypominam sobie, aby w Metro 2033 było pod tym względem tak łatwo. W każdym razie system przypadł mi do gustu i z pewnością wielu z Was również się spodoba, zwłaszcza że jest płynniejszy. Stronę wcześniej wspominałem, że gra jest mocno liniowa, oskryptowana – do tego stopnia, że zdarzenia losowe w ogóle nie następują. Po wgraniu zapisanego stanu gry wszystko będzie w dokładnie tym samym miejscu. To się przydaje podczas naprawdę trudnych fragmentów rozgrywki, których nie brakuje, ale chciałoby się czegoś ekstra.
W Metro: Last Light da się grać na przynajmniej dwa sposoby. Pierwszy to walka na średnim i krótkim dystansie, pacyfikowanie wszystkiego z okrzykiem na ustach. Można też przeciwników eliminować za pomocą broni dalekiego zasięgu, po cichu, jednego za drugim, i tak aż do oczyszczenia całej okolicy. Ale dla tych z Was, którzy mają w sobie odpowiednio dużo cierpliwości, jest przeznaczona droga alternatywna: gaszenie źródeł światła i przemykanie pomiędzy wrogami niezauważonym. Naprawdę tak się da i jestem przekonany, że znakomitą większość obszarów w grze uda się w ten sposób pokonać, o ile nie wszystkie. W Metro: Last Light nie ma specjalnie potrzeby oszczędzania amunicji – pod tym względem jest dużo łatwiej niż w Jedynce, a szkoda, bo nawet stopień „trudny” jest tu dość hojny. Ja chyba bardziej dla zasady likwidowałem większość tałatajstwa poczciwym kozikiem i świetnie się przy tym bawiłem. Niestety, walki z mutantami to już klasyczna sieczka – prędzej oni zaskakują gracza niż odwrotnie.
Wyjście na powierzchnię do najprzyjemniejszych nie należy; zgliszcza Moskwy są na tyle niebezpieczne, że nie tylko mutanci stanowią zagrożenie, ale również powietrze. Powróciła kultowa maska gazowa oraz wymienne filtry. Znakomicie oddano efekt zużywania się tych elementów. Na pęknięte szkło wiele się nie poradzi, ale upaćkane juchą przerośniętego mutanta można przetrzeć. Filtry w toksycznym środowisku wyjątkowo szybko się wymienia, a im bliżej tego momentu, tym trudniej oddychać, widać skraplającą się parę i tak dalej. Na szczęście główny bohater został wyposażony w zegarek, który odlicza czas do następnej wymiany, ponadto w urządzenie jest wbudowana lampka, która informuje go, czy jest widoczny, działająca w systemie zero-jedynkowym: świeci albo nie.
Waluta w grze również się nie zmieniła, w dalszym ciągu są to naboje. Można je wykorzystywać do kupowania różnych rzeczy albo spożytkować w bardziej tradycyjny sposób. W każdej osadzie znajdują się handlarze, którzy mają w swojej ofercie broń, kilka typów amunicji oraz dodatki, czyli miny, granaty zapalające i wybuchowe oraz noże do rzucania. Powróciło kilka broni znanych z Metro 2033, ale nie zabrakło nowych narzędzi mordu. Jest kilka karabinów, strzelb, pistoletów o różnej sile ognia i ładowności, znajdzie się też karabin snajperski. Każdą można usprawniać, oczywiście nie za darmo. Da się dokręcić tłumik lub inną lufę, która zwiększa obrażenia na krótkim dystansie, dołożyć kolbę albo zamontować jeden z kilku celowników, w tym noktowizyjny, znacznie ułatwiający życie. Część giwer to, a jakże, samoróbki. Dodatkowo pokonani przeciwnicy ludzkiego pochodzenia zostawiają na ziemskim padole swoje zabawki, a ponieważ gracz może mieć przy sobie trzy naraz, pozbycie się starej i wybranie czegoś nowszego, do czego akurat ma się amunicję, wydaje się sensownym krokiem.
Przeciwników w świecie Metra nie zabrakło. Graczowi przyjdzie pacyfikować nie tylko mutanty, ale też ludzi, bo jak wiadomo, tam, gdzie ścierają się dwie przeciwne ideologie, prędzej czy później rodzi się konflikt zbrojny. Ci zmutowani wrogowie to plejada maszkar z piekła rodem; naprawdę jest się czego bać, bo tak brzydkich (w sensie: przerażających, realistycznych) kreatur dawno nie widziałem. Są szybkie, umieją latać, pływać, skakać i tak dalej, a ujść im nie sposób, bo uciekający Artem i tak jest od nich wolniejszy. Są agresywne, działają w grupach i potrafią zaatakować z każdej strony. I na tym polu sztuczna inteligencja nie budzi większych zastrzeżeń, co innego przeciwnicy ludzkiego pochodzenia. Mają oni głupi zwyczaj podchodzenia jeden za drugim prosto pod lufę. Owszem, czasem prowadzą ogień osłonowy, robią fikołki, chowają się za przeszkodami i tak dalej, ale da się ich wziąć na przeczekanie i wystrzelać jak kaczki. Dzielą się nie tylko na siły komunistów i faszystów: każda frakcja ma kilka jednostek, od zwykłej piechoty aż po bardzo dobrze opancerzonych i uzbrojonych panów, których trzeba pozbawić hełmów, aby ich zabić. W ich przypadku najskuteczniejszy okazuje się nóż od tyłu, bo gardła mają nieosłonięte, w przeciwnym razie przygotujcie się na kilka(naście) strzałów ze strzelby, tyle Was to może kosztować.
Niemniej sieczka jest przyjemna; w Metro: Last Light gra się naprawdę miło, lepiej niż w poprzednika, jakoś tak swobodniej (nie mylić ze swobodą w eksplorowaniu świata), przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. Przygoda jest naprawdę wciągająca, choć niezbyt długa: około dziewięciu, dziesięciu godzin potrzeba na jej ukończenie. Fabuła to mocna strona gry, a wraz z odpowiednio ciężkim klimatem i dającą satysfakcję walką składa się na naprawdę przednią zabawę. Technikalia również nie zawodzą, ale o tym powiemy na następnej stronie.
