artykuły

Steve Jobs – człowiek, którego jedni kochali, a inni nienawidzili

Rok temu zmarł Steve Jobs

104
5 października 2012, 19:19 Piotr Gontarczyk

Zapaść, zwrot i złoty spadochron

Już parę lat po odejściu Jobsa z Apple okazało się, że bez niego firma nie jest zdolna prosperować. W latach 1994–1995 była w dramatycznej sytuacji. Choć w 1995 roku sprzedała najwięcej komputerów Mac w swojej historii, to jednocześnie została przytłoczona ofensywą Microsoftu. Chcąc ratować swoje udziały w rynku komputerów osobistych, podjęła nawet decyzję o udostępnieniu licencji na swój system operacyjny innym producentom, takim jak Motorola, Power Computing czy Umax. Okazało się, że wcale nie zwiększyło to udziału w rynku. Ba, Apple zaczęło tracić swój udział – na rzecz własnych partnerów. Już na początku 1996 roku zanotowało straty na poziomie 69 milionów dolarów. Ruszyła pierwsza fala zwolnień. Zmieniono dyrektora generalnego, ale do połowy 1997 roku sytuacja z dramatycznej systematycznie zmieniała się w beznadziejną. W 1994 udział w rynku komputerów osobistych był jeszcze 10-procentowy, ale już trochę ponad trzy lata później spadł do zaledwie 3%. Straty osiągnęły aż 1,6 miliarda dolarów, a redukcja zatrudnienia wydawała się nie mieć końca. „The New York Times” pisał wtedy, że dyrektor generalny, Gil Amelio, w obliczu katastrofy wydawał ogromne pieniądze na remonty gabinetów członków zarządu, a sobie zafundował między innymi złoty spadochron.

Jak na ironię, Amelio zrobił coś, co jak się później okazało, miało ogromny wpływ na zmianę sytuacji Apple. Pod koniec 1996 roku ówczesny dyrektor generalny ogłosił przejęcie firmy NeXT. Tak, firmy Jobsa. W grudniu tego samego roku Steve Jobs po raz pierwszy od 11 lat przekroczył próg głównej siedziby Apple. Został ponownie zatrudniony, ale tylko jako „specjalny doradca” do spraw połączenia obu przedsiębiorstw. Warto pamiętać o tym, że wtedy miał już koncie wielki sukces – Pixar. Nie miał jakiejś specjalnej ochoty wracać do Apple, zwłaszcza że jego dzieło doprowadzono tak naprawdę do ruiny. Miał o nim tak złe zdanie, że w czerwcu 1997 roku sprzedał 1,5 miliona akcji Apple, które dostał za sprzedaż NeXT. Dla siebie zachował tylko jedną, wręcz stwierdził w wywiadzie, że w tym momencie przyszłość firmy jest warta tyle co ten pojedynczy udział. A w tamtym czasie akcje Apple osiągnęły najniższe notowania w historii.

W lipcu 1997 roku stan Apple był już tak zły, że dyrektor generalny po długich negocjacjach zgodził się zrezygnować ze stanowiska. Pewnego dnia, w trakcie porannego spotkania najważniejszych ludzi w Apple, Gil Amelio ogłosił swoją rezygnację, a chwilę po tym do pomieszczenia wszedł ktoś, kto wyglądał jak napadnięty turysta, który od co najmniej paru dni błądził po lasach. Nie pierwszej urody trampki, krótkie spodenki, pognieciona koszulka, wielodniowy zarost na twarzy... Padło pytanie: „No to powiedzcie, co tu jest nie tak?”. Prawdopodobnie uczestnicy spotkania nie zdołali jeszcze wydusić żadnego słowa, dopiero uświadamiając sobie, z kim mają do czynienia, a już padła odpowiedź. Otóż Jobs krzyknął wtedy: „Produkty! Produkty są do kitu! Stały się zupełnie bez wyrazu!”. To był punkt zwrotny, prawdziwe wejście smoka. W sierpniu rada nadzorcza Apple zaproponowała Jobsowi objęcie funkcji „przejściowego dyrektora generalnego”. Wtedy jeszcze ci, którzy stali za serią porażek firmy, wierzyli, że uda im się go ośmieszyć i udowodnić, że Apple z nim i bez niego niczym się nie różni. Szybko jednak pojawił się żart o tym, że to nie Apple kupiło Jobsa wraz z firmą NeXT, ale to Jobs, poprzez NeXT, odzyskał swoje „dziecko”.

4