Świat pełen konfliktów
Rozgrywka dla pojedynczego gracza to zaledwie przystawka przed walką w sieci. Ale warto się z nią zapoznać, bo tych sześć, w porywach siedem godzin strzelania do sztucznej inteligencji może oszczędzić nadmiernej frustracji podczas pierwszych chwil z żywym przeciwnikiem. Zazwyczaj taką krótką przygodę solo uznaje się w pierwszoosobowych strzelankach za wadę. Ale gdy weźmie się pod uwagę to, jak olbrzymi nacisk położono w Battlefield 3 na tryb wieloosobowy, samotna kampania wydaje się przemyślana i dość „treściwa”, choć nie jest pozbawiona wad.
Akcja nie ogranicza się do jednego miejsca, ani nawet kontynentu. Zwiedzamy ulice miast, pustynie, lasy, podziemia... Sytuacja zmienia się niczym w kalejdoskopie, ale to dobrze, bo jest ciekawie. Gracz nie nudzi się podczas zmagań solo, a o to przede wszystkim chodzi. Oprócz tradycyjnych zadań, które wykonujemy na piechotę w towarzystwie oddziału, są dwa pozwalające walczyć za pomocą pojazdów, i to nie byle jakich. Już po kilku misjach próbujemy swoich sił jako pilot obsługujący broń myśliwca F/A-18 Super Hornet. Akcja zaczyna się niewinnie, na pokładzie lotniskowca, lecz już po chwili trafiamy do kabiny samolotu, a dosłownie sekundy później jesteśmy wśród chmur na wysokości kilku tysięcy metrów. Dalej pozostaje to, co myśliwce umieją najlepiej, czyli wyjątkowo widowiskowy i wciągający dogfight (dosł. „walka psów” – potoczne określenie na starcie myśliwców). Nie zabraknie strzelania strumieniem pocisków z szybkostrzelnych działek, namierzania nieprzyjaciela i posyłania w jego kierunku rakiet, a gdy role się odwrócą – wypuszczania flar. Ta misja jest wyjątkowo krótka, ale pozwala choć odrobinę zapoznać się z maszynami latającymi, bo w trybie gry wieloosobowej nie da się poćwiczyć w samotności. Będzie Wam też dane zasiąść za sterami czołgu, co jednak nie jest aż tak widowiskowe jak walka w powietrzu, ale i tak fajnie jest od czasu do czasu zrobić sobie jeszcze jedną przerwę od biegania z karabinem. Mimo że zazwyczaj walczymy w terenach silnie zurbanizowanych, są one na tyle różnorodne, że nie nudzą się.
Misje dają frajdę, ale nie sposób nazwać ich złożonymi. Są przeraźliwie oskryptowane i przypominają film, w którym odgrywamy główną postać. Mapy, na których dzieje się akcja, skonstruowano w taki sposób, aby prowadziły gracza za rękę niezależnie od ich rozmiaru. Przykładowo podczas jazdy czołgiem, gdy choć trochę zbaczamy z kursu, pojawia się komunikat, że oddalamy się od pola walki, i zaczyna się odliczanie czasu. Nietrudno sobie wyobrazić, co się dzieje, gdy czas upłynie. Podobnie jest podczas walki z wrogą piechotą. Gdy udajemy się w inną stronę niż oddział, natychmiast zalewa nas fala nieprzyjaciół, tak abyśmy jednak nie oddalali się zanadto od kapitana. Nawet nas to nie dziwi, bo na wojnie nie ma wiele miejsca dla Johnów Rambo, po prostu wykonuje się rozkazy, i dokładnie tak jest w Battlefield 3. Gracz co chwilę słyszy, że ma się dostać tu czy tam, podnieść jakąś broń i zlikwidować jakiś oddział albo czołg. Ale nie ma żadnej alternatywnej drogi, nawet wtedy, gdy konstrukcja mapy aż się o to prosi.
Pamiętna scena filmowa, w której po strzale z wyrzutni rakiet wieżowiec zawala się, to też tylko skrypt – takie sytuacje w grze już się nie pojawiają. Wszystkie szkody w otoczeniu mają kosmetyczny charakter. Po wystrzeleniu zawartości magazynka w betonowy słup w garażu widać jego zbrojenie i rdzeń, co cieszy oko, ale niektóre, nawet teoretycznie wyjątkowo kruche przedmioty są niezniszczalne. To szczegół, ale jednak. Mimo wszystko widać, że poszczególnym miejscom poświęcono sporo uwagi. Są ładne, co jest w dużej mierze zasługą silnika, ale dobrze oddają klimat otoczenia, w którym przebywa główna postać, a to już zasługa osób projektujących poziomy.
Sztuczna inteligencja przeciwników to wada gry. Zachowują się wyjątkowo przewidywalnie, odradzają się w tych samych miejscach i chodzą tymi samymi ścieżkami. Można w nieskończoność powtarzać daną sekwencję w grze, a i tak za każdym razem będzie ona wyglądała tak samo. Wrogowie wraz ze wzrostem poziomu trudności jedynie lepiej celują i zadają większe obrażenia. Ale nawet pomimo tego walka z nimi sprowadza się do ćwiczenia stałych elementów aż do skutku. Czasem nawet widać, że komputer „oszukuje”, na przykład gdy udaje się coś zrobić szybciej od wirtualnej SI, nagle przed oczami znikąd pojawia się terrorysta lub dwóch. Nie spodobały się nam też sekwencje QTE (ang. Quick time Events – wydarzenia polegające na wciśnięciu odpowiedniego guzika w krótkim czasie). Oznaczają to co zwykle, ale działa to trochę topornie, no i często sprowadza się do możliwie szybkiego wciskania tego samego przycisku. Jest to przesadne uproszczenie, zupełnie niepotrzebne.
No dobrze, a jak się w to gra? W telegraficznym skrócie: bardzo przyjemnie. Wymiana ognia z przeciwnikiem jest bardzo wciągająca, a mechanika strzelania może się podobać. Niezależnie od tego, czy w rękach trzymamy broń krótką czy ciężką, czuć kopa, zwłaszcza podczas korzystania ze strzelb i karabinów snajperskich dużego kalibru. Pukawek podczas samotnej gry jest naprawdę sporo, więc chyba tylko urodzeni malkontenci będą narzekać.




