Konstrukcja – full tower, jaki jest, każdy widzi
Obudowa jest całkowicie klasycznym przedstawicielem formatu full tower. Konstrukcja wielu może wydać się znajoma – na rynku można znaleźć obudowy z niemal identycznymi blachami wewnątrz. Miejsca jest dużo, nawet dla płyty głównej E-ATX i kilku długich kart graficznych. Zasilacz jest montowany dobrych kilka centymetrów ponad płytą główną, a i nad nim pozostaje ponad drugie tyle wolnego miejsca. W środku zmieści się dość standardowa, jak na taką wielkość obudowy, liczba dysków twardych: siedem, z czego sześć w przeznaczonej dla nich dolnej sekcji. Siódmy można zamontować w umieszczonej nad nią wzdłużnie zewnętrznej zatoce. Przewidziano również pięć innych zewnętrznych zatok 5,25 cala, co też nie rzuca na kolana, bo tyle zapewniają niektóre obudowy midi tower. Trzeba jednak zaznaczyć, że przeważnie jest to najzupełniej wystarczająca liczba.
Konstrukcję wykonano z płatów stali grubości 1 mm, co jest bardzo dobrą wiadomością. Nadal nie jest to często spotykane, choć solidność tego rozwiązania jest nie do przecenienia. Cieszą również – choć nie są czymś nadzwyczajnym – pozawijane płaty, dzięki czemu ryzyko skaleczenia jest niewielkie.
Boczne panele zdejmuje się nieco inaczej niż zwykle, bo aby je odblokować, nie trzeba ich wcale odsuwać do tyłu. Wystarczy chwycić za tylną krawędź panelu i odciągnąć ją na bok. Przednia tworzy w tym momencie jakby oś obrotu. Ile to się recenzent namęczył, ile paznokci połamał, próbując otworzyć obudowę w tradycyjny sposób! Przestroga: czytajcie najpierw instrukcję! ;)
Trudno mieć pretensje do konstruktorów, że tylko lewy panel został zabezpieczony szybkośrubkami, bo prawy zdejmuje się znacznie rzadziej.
Montaż komponentów również rozwiązano w sprawdzony sposób. Płyta główna jest przykręcana na podkładkach, co nie przeszkadza, bo rzadko się ją zmienia. Karty rozszerzeń zabezpiecza się szybkośrubkami, co jest wygodnym rozwiązaniem, choć może nie najszybszym. Wszystkie śledzie są wymienne. Zasilacz umieszcza się tradycyjnie, ponad płytą główną, ale można go zamontować również w pozycji odwróconej. Aby to zrobić, należy go przymocować do specjalnej blaszki, poprzez którą przykręca się go do reszty obudowy. Nie dajcie się jednak zwieść, bo nie pozwala ona na wsunięcie zasilacza od tyłu. Szkoda, że producent nie zdecydował się na to bardzo wygodne rozwiązanie. Napędy optyczne i dyski montuje się podobnie – nie za pomocą śrub, lecz plastikowych szyn, które po założeniu na urządzenie pozwalają zablokować je w zatoce. Znów jest to znany i sprawdzony sposób. Nagrywarki i inne czytniki 5,25 cala są blokowane za pomocą dwóch niezależnych szyn, a dyski montowane w poprzecznym koszyku wykorzystują zintegrowane zestawy takich szyn. W gruncie rzeczy nie jest to wcale wygodniejsze, bo aby założyć na dysk te plastikowe kształtki, trzeba się nieco wysilić. Na szczęście elementy te mocno dociskają dysk do stalowej konstrukcji. Nie ma jednak mowy o jakimkolwiek tłumieniu drgań – ani napędów, ani innych komponentów.
W EL Diablo Advance nie ma specjalnego systemu prowadzenia przewodów, ale większość przewodów połączono i owinięto plastikowymi spiralkami. Jest też pojedyncza klamerka, ale trudno będzie w niej upiąć grubszą wiązkę, np. kabli od zasilacza. Choć można powiedzieć, że jest to pewna namiastka, to zdecydowanie niewystarczająca. Szkoda tym bardziej, że dziś nawet tańsi konkurenci mają takie systemy prowadzenia przewodów. Niemal wszystkie podzespoły, często nawet karty graficzne, podłącza się co najmniej dwoma przewodami, więc takie rozwiązanie przestaje być jedynie dodatkiem, a staje się jednym z głównych elementów dobrej jakości obudowy.
Jest jednak jeszcze jeden problem z kablami, choć tym razem tylko tymi, w które tę obudowę wyposażono. Naprężaliśmy wiązkę z przewodami podłączającymi panel wejść i wyjść multimedialnych, jak tylko mogliśmy, ale nie udało się nam dosięgnąć do gniazd USB na płycie głównej. Większość producentów płyt umieszcza te gniazda przy dolnej krawędzi, co oznacza, niestety, że bez jakiejś przedłużki kable portów USB w EL Diablo nie sięgną gniazda. Na szczęście problemu nie ma z przewodami podłączającymi zewnętrzne złącza audio czy eSATA.
EL Diablo Advance nie został również wyposażony w żadne elementy przystosowujące obudowę do systemów chłodzenia wodą. Być może zniechęci to ich zwolenników, ale dla przytłaczającej większości nie będzie żadną wadą. Na pewno jest to lepsze niż obudowa z dwoma dodatkowymi otworami, niejednokrotnie w dość przypadkowych miejscach, którą odpowiedzialni za marketing opatrują znaczkiem „liquid cooling ready”. Dobrze zatem, że w firmie MaxPoint nie zdecydowano się na ten tani chwyt i po prostu skierowano tę obudowę do użytkowników preferujących tradycyjne chłodzenie powietrzem.
