Bójki zamiast strzelanin
Ale to nie koniec cudów, jakimi obdarowuje nas Havok. Kreatywność to motto Alone in the Dark. Gracz do dyspozycji będzie miał bardzo ograniczoną ilość broni i śmiercionośnych gadżetów. Broń palna ogranicza się do dwóch pistoletów, całą resztę będziemy musieli stworzyć sobie sami. Zresztą widać, że producenci grali w Condamned, i chyba zainspirowała ich także nadchodząca gra wrocławskiego studia Techland, Dead Island – w obydwu przypadkach główny nacisk położono na walkę wręcz, nie na strzelaniny. Tak samo jest w Alone in the Dark. Walczyć będziemy przeważnie tym, co znajdziemy pod ręką – czy to rurami, krzesłami, deskami, lampami, czy też gaśnicą... Wszystko, co tylko się nada, będzie nam służyło jak broń. Mało tego: jeśli tylko starczy nam pomysłowości, z pozoru zwyczajnych przedmiotów będziemy mogli skonstruować cały arsenał przydatnych i śmiercionośnych gadżetów. Trochę taśmy klejącej, szmatka i butelka z łatwopalnym płynem dadzą nam koktajl Mołotowa, a spray i zapalniczka – miotacz płomieni.
Na potrzeby gry stworzono specjalny system walki wręcz, dzięki któremu będziemy wymachiwać rękami Edwarda tak, aby rąbał przeciwnika najmocniej, jak potrafi. Z początku jest on nieco toporny i wymaga czasu, aby się do niego przyzwyczaić. Gracze, którzy są przyzwyczajeni do zwykłego przyciskania klawisza strzału, aby postać wypaliła z broni, będą mieli problem. Nie jest to jednak czynność, której nie można się nauczyć. Trzeba jednak kilkunastu minut ćwiczeń, aby opanować tę sztukę walki. Zresztą wymachiwanie przedmiotami przydaje się nie tylko w walce, ale również w pokonywaniu przeszkód w postaci zamkniętych drzwi – kilkoma uderzeniami gaśnicą zamienimy drzwi w trociny.
Wracając do walki – okładanie ożywieńców gaśnicami, patelniami czy innymi ciężkimi przedmiotami dostarczy wspaniałej rozrywki. Na ekranie wygląda to świetnie. Tłuczemy delikwenta do oporu, aż straci przytomność, a następnie chwytamy go za nogi i ciągniemy w kierunku ognia, aby demon opuścił to biedne, zmasakrowane cielsko. Doznania są o wiele lepsze niż po wpakowaniu w takiego przeciwnika serii pocisków. Zresztą jak już wspomniałem, broni palnych do dyspozycji nie będziemy mieć aż tak wiele, abyśmy mogli się nimi jakoś specjalnie nacieszyć. Po prostu jeśli liczycie na strzelaniny w stylu Resident Evil, to niestety mocno się rozczarujecie. Dzięki zintensyfikowaniu walki wręcz Alone in the Dark wyznacza nową jakość w survival horrorach, które jak dotąd w gruncie rzeczy były mniej lub bardziej zmodyfikowanymi klonami wyżej wymienionej gry. Chociaż – tak jak już pisałem – gracz musi opanować sterowanie i gwarantuję, że pierwsze wrażenia nie będą zbyt imponujące.
Pomimo paranormalnych wątków scenariusza producenci chcieli, aby gra była jak najbardziej zbliżona do rzeczywistości. Nie mamy więc plecaka bez dna, do którego możemy pakować tony znalezionych przedmiotów. Za „dobytek” służy nam skórzana kurtka z kieszeniami po wewnętrznej stronie. Jest dość ograniczona pod względem pojemności, i często trzeba będzie wybierać, co zabrać, a co pozostawić. W kurtce trzymamy różne spryskiwacze, które niezbędne są do leczenia naszego bohatera. I tutaj należą się słowa uznania producentom, gdyż udało im się wymyślić i wcielić w życie bardzo dobry system obrażeń. Otóż na ciele Edwarda widoczne jest każde poparzenie, każde zadrapanie. Jeśli chcemy się wyleczyć, to nie wystarczy użyć apteczki, ale trzeba np. spryskać ranę specjalnym sprayem. A ran możemy mieć mnóstwo – jeśli poziom naszego zdrowia spadnie do niebezpiecznego poziomu, obraz zacznie nam się przemieniać z kolorowego na czarno-biały i odwrotnie, a z głośników wydobędzie się dźwięk przyspieszonego serca. Trzeba się leczyć – nie ma wyjścia. Ale jak to zrobić, skoro nie mamy apteczki i spryskiwacza pod ręką? Cóż... Mamy problem, bo za chwilę z mroku może wynurzyć się jakiś stwór do pokonania, a my możemy paść już po pierwszym ciosie.
