artykuły

Alias - heroiczna pupencja w akcji

20
5 lutego 2005, 11:11 Michał Speier

Alias Ogólnie rzecz biorąc, C.I.A zajmuje się działalnością poza terytorium USA. Taki też jest teren gry w Alias. Od Hong Kongu po Rosję. Od nocnych klubów, przez szpitale psychiatryczne, ambasady do tajnych baz wojskowych. Przyjdzie panience Sydney kopać etnicznie szalenie różnorodne tyłki. Alias jest właściwie klonem trochę starszej produkcji pod tytułem O.N.I (od Bungie). Klonem, ale uboższym o co najmniej klasę. O.N.I dysponowało fajną fabułą, bogatym repertuarem działań bojowych, prawdziwymi bossami co czas jakiś i cyberpunkowym klimatem. Alias zaś, jakby na podobieństwo figury panienki Sydney, jest słodki, niewymagający i miły.

Alias Słowem “miły” określam tu zwyczajną bezproblemowość gry, ponieważ przez pierwsze kilka poziomów Alias jest grą dziecinnie łatwą i zabawną. Gracz powinien podtykać panienkę Sydney pod każdą kamerę, uruchamiać każdy możliwy alarm, aby sobie tylko zabawnie powalczyć. Pociesznie jest potłuc parę czarnych garniturków postacią ubraną w kusą mini i kusą bluzeczkę, na przykład za pomocą: patelni, butelek, miotły, noży, tasaków, gitar elektrycznych, kijów bilardowych, szabel itp. No i wręcz grzechem jest przebierać panienkę Sydney w jej mało seksowne robocze ubranie. Potem zaczynają się niejakie kompilacje i wychodzi brak zdecydowania, czym właściwie ma być gra. Tomb Raider czy może Splinter Cell? Panienka Sydney dysponuje zadziwiająco sporym repertuarem zachowań i ciosów – w tym przynajmniej połowa z nich służy do cichego wykańczania ofiar. Dyskrecja zaczyna przydawać się dopiero pod koniec gry – od poziomu Asylum. Dopiero wtedy faktycznie nie można już wyjść jak owca na puste pole i zacząć trawę wcinać. I to jest problem, trudno być dyskretnym, jeżeli się jest ubranym jak ulicznica... A poważnie, w Alias brak jakiegokolwiek wskaźnika naszej widoczności (coś jak to jest w Thief czy Splinter Cell), stąd trudno określić, czy wypięta pupa panienki Sydney jest widoczna dla wroga czy też nie. Bo jeżeli nie, to jedna seria z AK-47 i po naszej Heroicznej Komputerowej Pupencji. Oczywiście, gra tak naprawdę wtedy dopiero nabiera rumieńców, jak robi się trudno, bo gracz ma okazję pokombinować co i jak. Niestety dla Alias, choć robi się ciekawiej, gra jednocześnie traci swój niewinny uroczek. Mnie się po prostu spodobała jej początkowa infantylność, jej łatwość, jej zupełny brak ambicji. I przyjemnie mi się grało w taką grę. Potem, mimo wzrostu poziomu trudności, gra przestaje tak bawić. Na trudne kombinowanie postać panienki Sydney jakoś się nie nadaje. Jakoś nie przekonuje. Nie mówiąc już o reszcie konstrukcji gry, która zwyczajnie nastawiona jest na same walki, nie zaś podchody.

Alias Alias jest pierwszą grą, w której można powalczyć... piłą do cięcia zwłok (a dokładnie to piłką do otwierania czaszki i przecinania żeber). W ogóle to, czym może posługiwać się panienka Sydney zadziwia. Właściwie wszystko, co jest na planszy może wziąć ona w swoje zgrabne rączki i użyć - od mioteł, przez świeczniki, butelki, noże, kije bilardowe, miecze, halabaldry, gitary, łomy, sztaby żelazne, piły, aż do broni maszynowej. Jeżeli ktoś widział wczesne filmy z Jackie Chanem, to wie o co chodzi... Broń zużywa się w miarę walki, by w pewnym momencie rozwalić się w puch nicości. Sama walka jest animacyjnie poprawnie zrealizowana, ale absolutnie nie realistyczna. Osoba o takiej figurze i masie jak Sydney nie ma prawa walczyć i zachowywać się w taki sposób – i to niestety widać. Nie od parady we wschodnich sztukach walki istnieje podział na style męskie i żeńskie (głownie chodzi o różnicę w masie i sile). A panienka Sydney walczy jak wielki, ciężki facet. Pociesznie to wygląda, choć zarazem stanowi jeden z głupkowatych, acz seksowniejszych uroczków gry.

Alias Poza walką i byciem dyskretną (unikanie kamer, wiązek laserów, detektorów ciepła itp.), panienka Sydney, jak na porządną agentkę C.I.A przystało, hackuje (to znaczy zgaduje trzy, a czasem i czteroliterowy kod na zasadzie gry Master Mind), robi zdjęcia (nie sobie w bieliźnie oczywiście, ale tajnych obiektów), łamie zamki (bardzo prosta rzecz, o ile nie goni nas czas... polecam uwadze ostatni kawałek ostatniej misji), unieszkodliwia kamery (chwilowo impulsem elektromagnetycznym lub na zawsze pociskiem kaliber 9 mm), zakleja lasery (taką topniejącą niebieską mazią... proszę nie pytać, co to jest, bo wolę nie wiedzieć), podsłuchuje rozmowy (dotyczące sekretnych haseł rzucanych twardymi, męskimi głosami do obojętnych, wojskowych mikrofonów) oraz wpada w zawirowania fabuły. A w zasadzie w jedno wielkie zawirowanie fabuły pod tytułem – Zmieńmy Oś Obrotu Ziemi. Ok, brzmi realistycznie, toteż nikogo nie powinno dziwić poświęcenie panienki Sydney dla sprawy. Fabuła oferuje Złego Bosa, który jest, jakżeby inaczej, inną panienką, ale tym razem ubraną w skórę (a czy ktoś widział złe postacie ubrane w coś innego?).

2