Cienkość scenariusza, tudzież małość lokacji wymusiły na autorach wprowadzenie Urozmaicenia. Jak wszystkim graczom grającym w gry przygodowe wiadomo, Urozmaicenie jest to coś, czego być nie powinno, a mimo to sobie jest (vide walki karate w Largo Winch, zabawa skrzyniami w Broken Sword 3, możliwość zginięcia w The Black Mirror itp.). Gry przygodowe są bowiem bardzo wrażliwie na takie wydumane eksperymenta.
Cóż zatem za Urozmaicenie wprowadza The Westerner? Otóż: konia na marchewki, rzeczy na kasę, tudzież bele na pocięcie (plus drobne elementy zręcznościowe w stylu zabaw celowniczkiem po ekranie). Rzeczy na kasę są proste – w grze trzeba zbierać dolary, aby móc kupić parę rzeczy (warto jednak pamiętać, iż część rzeczy ze sklepu da się zdobyć za darmo – jak topór czy pas – trzeba tylko dobrze poszperać). Kasę można wydębnić od cioci, wygrać w pojedynkach na słowa, pożyczyć z banku, od prezydenta czy też na strzelnicy. Kasę można także znaleźć w różnych dziwnych lokacjach (głównie szufladach). Bele przeznaczone na cięcie są tym dokładnie, czym są – czyli belami przeznaczonymi na cięcie – i jest ich na tyle mało, iż także nie stanowią problemu.
Za to koń na marchewkę wkurza. Idea jest zaiste genialna – skoro gracz przemieszcza się pomiędzy lokacjami na koniu, to dlaczegóż by nie zrobić z tego małego, cholernego Sim City? Koń zjada na daną przejechaną lokację jedną marchewkę. Pojemność "baku" konia to 5 marchewek. Dojazd gdziekowiek "zjada" średnio 2-3 marchewki. Rachunek jest prosty. A hodowanie marchewek jest zajęciem po prostu nużącym i powolnym (zwłaszcza w kontekście wielkiej marchewkochłonności naszego konia). I tak gracz co jakiś czas musi uwijać się w ogródku, aby zrobić sobie zapas z 20 marchewek dla konia. Nie powiem, aby porwał mnie ów urozmaicony stan rzeczy. Ale pewnie dzieci taki element ucieszy – móc hodować sobie warzywko i karmić nim miłe zwierzątko. Prawie jak tamagotchi.
The Westerner będąc grą prostą, dziecinną i spokojną – a przy tym okraszoną naprawdę ładną grafiką 3D (zaiste – prawie jak pierwsze Toy Story na żywo) – obroniłby się spokojnie jako miła gra przygodowa dla młodszych graczy (nawet pomimo nieszczęsnych marchewek...). Niestety The Westerner cierpi na paskudną chorobę, którą zarażonych jest większość gier wydawanych w Polsce. A zwą ją – Syfiaste Spolszczenie. Niestety. Można o tym pisać, można o tym mówić – ale nadal się nic nie zmienia. O ile głosy lektorów bywają zwykle na zadowalającym poziomie, to poziom tłumaczenia aż szkoda komentować... Nie rozumiem, dlaczego przy tłumaczeniach nie korzysta się z pomocy profesjonalnych tłumaczy? Dlaczego nie zatrudnia się korektorów i redaktorów? Być może dlatego, iż ma się głęboko gdzieś troskę o poziom tłumaczenia, przecież wystarczy machnąć nalepkę "Profesjonalna polska wersja językowa" i po sprawie. Niestety. Tak się jednak nie da. The Westerner nie jest profesjonalnie, a jedynie bardzo amatorsko spolszczony. Amatorsko jak cholera. Amen.
Cóż zatem za Urozmaicenie wprowadza The Westerner? Otóż: konia na marchewki, rzeczy na kasę, tudzież bele na pocięcie (plus drobne elementy zręcznościowe w stylu zabaw celowniczkiem po ekranie). Rzeczy na kasę są proste – w grze trzeba zbierać dolary, aby móc kupić parę rzeczy (warto jednak pamiętać, iż część rzeczy ze sklepu da się zdobyć za darmo – jak topór czy pas – trzeba tylko dobrze poszperać). Kasę można wydębnić od cioci, wygrać w pojedynkach na słowa, pożyczyć z banku, od prezydenta czy też na strzelnicy. Kasę można także znaleźć w różnych dziwnych lokacjach (głównie szufladach). Bele przeznaczone na cięcie są tym dokładnie, czym są – czyli belami przeznaczonymi na cięcie – i jest ich na tyle mało, iż także nie stanowią problemu.
Za to koń na marchewkę wkurza. Idea jest zaiste genialna – skoro gracz przemieszcza się pomiędzy lokacjami na koniu, to dlaczegóż by nie zrobić z tego małego, cholernego Sim City? Koń zjada na daną przejechaną lokację jedną marchewkę. Pojemność "baku" konia to 5 marchewek. Dojazd gdziekowiek "zjada" średnio 2-3 marchewki. Rachunek jest prosty. A hodowanie marchewek jest zajęciem po prostu nużącym i powolnym (zwłaszcza w kontekście wielkiej marchewkochłonności naszego konia). I tak gracz co jakiś czas musi uwijać się w ogródku, aby zrobić sobie zapas z 20 marchewek dla konia. Nie powiem, aby porwał mnie ów urozmaicony stan rzeczy. Ale pewnie dzieci taki element ucieszy – móc hodować sobie warzywko i karmić nim miłe zwierzątko. Prawie jak tamagotchi.
The Westerner będąc grą prostą, dziecinną i spokojną – a przy tym okraszoną naprawdę ładną grafiką 3D (zaiste – prawie jak pierwsze Toy Story na żywo) – obroniłby się spokojnie jako miła gra przygodowa dla młodszych graczy (nawet pomimo nieszczęsnych marchewek...). Niestety The Westerner cierpi na paskudną chorobę, którą zarażonych jest większość gier wydawanych w Polsce. A zwą ją – Syfiaste Spolszczenie. Niestety. Można o tym pisać, można o tym mówić – ale nadal się nic nie zmienia. O ile głosy lektorów bywają zwykle na zadowalającym poziomie, to poziom tłumaczenia aż szkoda komentować... Nie rozumiem, dlaczego przy tłumaczeniach nie korzysta się z pomocy profesjonalnych tłumaczy? Dlaczego nie zatrudnia się korektorów i redaktorów? Być może dlatego, iż ma się głęboko gdzieś troskę o poziom tłumaczenia, przecież wystarczy machnąć nalepkę "Profesjonalna polska wersja językowa" i po sprawie. Niestety. Tak się jednak nie da. The Westerner nie jest profesjonalnie, a jedynie bardzo amatorsko spolszczony. Amatorsko jak cholera. Amen.
