Z założenia scenariusz, jaki Cashowi przygotował Starkweather, jest prosty – wyrok śmierci nie jest anulowany, został tylko zawieszony. A co za tym idzie, w jego wersji wydarzeń nie może mieć miejsce happy end – James ma zabić konkretnych bandziorów, by doczekać się swojej egzekucji. Nim to się stanie, ma dostarczyć Lionelowi rozrywki. Cash jednak głupi nigdy nie był, więc gdy tylko nadarzy się sposobność, wykorzysta ją by zemścić się na manipulującym nim reżyserze. Zanim to się jednak stanie, będziemy musieli wziąć udział w tej psychicznej grze Starkweathera i wykonywać zadania, które niekoniecznie muszą nam się podobać. Oprócz tego, że musimy wybić wszystkich, którzy dyszą na danym poziomie, aby reżyser otworzył nam bramę do kolejnej sceny... nasze zadania będą trochę bardziej „urozmaicone”. Niestety w większości przypadków w ten irytujący nas sposób, ale za to dostarczający Lionelowi masy wspaniałej rozrywki. Trzeba więc będzie dobrnąć do maszyny służącej do przenoszenia metalowych segmentów na złomowisku za pomocą magnesu. Dzięki niej będzie można przenieść metalową szafę, blokującą nam przejście do kolejnej lokacji. Aby tego dokonać, trzeba będzie ową maszynę najpierw zatankować. Do tego potrzebny będzie jednak karnister z paliwem, który stoi w hangarze kilkaset metrów dalej. Oczywiście ten ciężki karnister musimy przenieść do maszyny, uważając jednocześnie, by nie wykryły nas okoliczne bandziory.
Inną atrakcją dla Starkweathera (a niekoniecznie dla Casha) będzie eskortowanie miejscowego menela i pijaczka z jednego końca poziomu na drugi. Oczywiście nie wolno nam dopuścić, aby stała się mu krzywda, gdyż wtedy reżyser wymierzy nam karę. Oprócz tych przykładowych zadań czekać nas będzie mnóstwo podobnych do siebie i wręcz rutynowych zachcianek Lionela w postaci odnajdywania przełączników otwierających kolejne bramy, czy też poszukiwania kaset i kamer wideo. Niestety w przypadku Manhunta misje są najsłabszym ogniwem. Fabuła jest jaka jest i rozkręca się dopiero wtedy, kiedy Cash zaczyna się buntować i wypowiada wojnę Starkweatherowi. Wiąże się to z konfrontacją z policyjnym S.W.A.T.em, a także prywatną armią reżysera. Wszystko sprowadza się jednak do prostego "przejdź przez poziom niezauważony, eliminuj jednego przeciwnika naraz, a także odnajduj kolejne przełączniki otwierające następne bramy". Powyższe zadania (karnister i menel) to niektóre z nielicznych przykładów na to, jak Rockstar uatrakcyjnił model grywalności tej gry.
Z początku Manhunt wszystkim się podoba – mroczny klimat slumsów, manipulowany Cash i walka o przetrwanie. Bardzo szybko okazuje się jednak, że większość scen jest dosłownie taka sama i różni się jedynie teksturami i lokacjami na poziomach. Grywalność sprowadza się do tych samych elementów. Jeśli gracz wytrzyma monotonię pierwszych scen, zostanie nagrodzony pierwszymi urozmaiceniami (karnister i pijak). Sporo też się trzeba namęczyć, zanim w ręce Casha zostanie oddana jakakolwiek broń palna, a gdy ledwo zaczniemy się nią cieszyć, to ukończymy poziom i broń zostanie nam odebrana. Wniosek jest taki, że Rockstar zgubił się gdzieś pośrodku produkcji Manhunta. Pomysł był świetny (abstrahując od samej fabuły), ale im dalej posuwamy się w fabule, tym nudniejsza staje się grywalność. Na dobrą sprawę myślę, że mało który gracz będzie na tyle wytrwały, aby dobrnąć do zwrotu akcji w scenariuszu gry. Większość zniechęci się już po pierwszych trzech lub czterech scenach. I w zasadzie dobrze się stanie, gdyż jeśli chodzi o skradanki, to jest o wiele więcej bardziej atrakcyjnych intelektualnie produkcji z tego gatunku – chociażby Splinter Cell: Pandora Tomorrow czy wydany niedawno Thief III. Pod kątem modelu grywalności Manhunt mnie zawiódł, a i po fabule spodziewałem się znacznie więcej. Z drugiej strony, jeśli przetrwać początkową monotonię, to później gra przeobraża się w prawdziwe wyzwanie dla lubiących taktykę i ostrożną eliminację z ukrycia. Osobiście nie jestem zwolennikiem skradanek, a mimo wszystko Manhunt miał w sobie to coś, co przykuło mnie do monitora i sprawiało, że chciałem się skradać i zabijać. I może to jest najlepsza rekomendacja dla tego tytułu?...
OCENA:
Dystrybutor: Cenega
Cena: 139 zł
Inną atrakcją dla Starkweathera (a niekoniecznie dla Casha) będzie eskortowanie miejscowego menela i pijaczka z jednego końca poziomu na drugi. Oczywiście nie wolno nam dopuścić, aby stała się mu krzywda, gdyż wtedy reżyser wymierzy nam karę. Oprócz tych przykładowych zadań czekać nas będzie mnóstwo podobnych do siebie i wręcz rutynowych zachcianek Lionela w postaci odnajdywania przełączników otwierających kolejne bramy, czy też poszukiwania kaset i kamer wideo. Niestety w przypadku Manhunta misje są najsłabszym ogniwem. Fabuła jest jaka jest i rozkręca się dopiero wtedy, kiedy Cash zaczyna się buntować i wypowiada wojnę Starkweatherowi. Wiąże się to z konfrontacją z policyjnym S.W.A.T.em, a także prywatną armią reżysera. Wszystko sprowadza się jednak do prostego "przejdź przez poziom niezauważony, eliminuj jednego przeciwnika naraz, a także odnajduj kolejne przełączniki otwierające następne bramy". Powyższe zadania (karnister i menel) to niektóre z nielicznych przykładów na to, jak Rockstar uatrakcyjnił model grywalności tej gry.
Z początku Manhunt wszystkim się podoba – mroczny klimat slumsów, manipulowany Cash i walka o przetrwanie. Bardzo szybko okazuje się jednak, że większość scen jest dosłownie taka sama i różni się jedynie teksturami i lokacjami na poziomach. Grywalność sprowadza się do tych samych elementów. Jeśli gracz wytrzyma monotonię pierwszych scen, zostanie nagrodzony pierwszymi urozmaiceniami (karnister i pijak). Sporo też się trzeba namęczyć, zanim w ręce Casha zostanie oddana jakakolwiek broń palna, a gdy ledwo zaczniemy się nią cieszyć, to ukończymy poziom i broń zostanie nam odebrana. Wniosek jest taki, że Rockstar zgubił się gdzieś pośrodku produkcji Manhunta. Pomysł był świetny (abstrahując od samej fabuły), ale im dalej posuwamy się w fabule, tym nudniejsza staje się grywalność. Na dobrą sprawę myślę, że mało który gracz będzie na tyle wytrwały, aby dobrnąć do zwrotu akcji w scenariuszu gry. Większość zniechęci się już po pierwszych trzech lub czterech scenach. I w zasadzie dobrze się stanie, gdyż jeśli chodzi o skradanki, to jest o wiele więcej bardziej atrakcyjnych intelektualnie produkcji z tego gatunku – chociażby Splinter Cell: Pandora Tomorrow czy wydany niedawno Thief III. Pod kątem modelu grywalności Manhunt mnie zawiódł, a i po fabule spodziewałem się znacznie więcej. Z drugiej strony, jeśli przetrwać początkową monotonię, to później gra przeobraża się w prawdziwe wyzwanie dla lubiących taktykę i ostrożną eliminację z ukrycia. Osobiście nie jestem zwolennikiem skradanek, a mimo wszystko Manhunt miał w sobie to coś, co przykuło mnie do monitora i sprawiało, że chciałem się skradać i zabijać. I może to jest najlepsza rekomendacja dla tego tytułu?...
| Grafika: | 8/10 |
| Dźwięk: | 6/10 |
| Grywalność: | 5/10 |
| Ogółem: | 6/10 |
Dystrybutor: Cenega
Cena: 139 zł

Rockstar najwyraźniej się wypala, bo Vice City było znacznie ciekawsze.
"Nagrodzony urozmaiceniami", "nudniejsza grywalność" to nie po polsku, nawet z pozoru prawidlowa "ostrożna eliminacja z ukrycia" to myslowa elipsa. To tylko z koncowki tekstu.
Wiecej mi sie nie chce szukac.
Recenzja całkiem przyzwoita i nieźle napisana. Kokosz pamiętam cię z Valhalli
To można bylo sobie darować to recenzja nie opowiadanie za dużo tego jest.
Pierwszy postal to moze jeszcze bylo cos ciekawego bo nowego jak na tamte lata ale 2 to juz czysty idiotyzm a moze ja jestem za stary na takie gierki
Sam artykul jest ciekawie napisane