Publikacji autora na stronę
1

Dekadę temu kontroler, co gamepadem się zowie, kojarzono głównie z konsolami stacjonarnymi, a w gronie „blaszaków” ów przedmiot bywał traktowany niemalże na równi z bożkiem. Prawdziwa egzotyka – wymyka się z ust. Zastanawiające było wówczas podejście graczy, którym konsole serca nie skradły, do tego niegdyś mało popularnego urządzenia wskazującego, będącego swoistym zbawieniem dla „pożeraczy” wszelkich platformówek czy innych gier stricte zręcznościowych. Padem zamiast wiecznie żywym tandemem klawiatura i mysz? Albo padem w FPS-y? Jak to? Nikt nie wmawiał nikomu, żeby od razu wypływać na szerokie morze. Po prostu warto czasem przemóc się i zbadać inne – nieznane wcześniej – terytoria, czerpiąc z tego nie mniejszą przyjemność. Niekoniecznie zważywszy na wiek. Sprawdźmy zatem, w jakiej formie jest tytułowy staruszek!

 

Gwiezdne Wojny ostatnimi czasy sprawnie omijały pecetowy rynek. Najpierw dwuletnie spóźnienie LEGO Star Wars: The Complete Saga w stosunku do daty wydania wersji konsolowej, potem zarzekanie przez George'a Lucasa i spółkę, że konwersji The Force Unleashed na pecetach nie będzie, ponieważ nie są one wystarczająco mocne. A żeby nie było, że mają nas kompletnie w głębokim poszanowaniu, to rzucili ochłap w postaci The Clone Wars: Republic Heroes, czyli pierwszorzędnego gniotu żerującego na popularności animowanego serialu. Po to tylko, by uśpić naszą czujność i niewiele później wypuścić niespodziewanie - wbrew temu, o czym mówiono kilka miesięcy wcześniej - ostatni głośny tytuł spod szyldu Gwiezdnych Wojen, i to w wydaniu wzbogaconym o nową zawartość. Tak oto niedoczekanie okazało się złudne, a mydlenie oczu graczom, że obecne blaszaki nie sprostają zadaniu - nieco niegodziwym chwytem marketingowym. Mimo wszystko wreszcie przed nami, po przeszło roku od premiery pierwotnej wersji, The Force Unleashed: Ultimate Sith Edition! Czy opłacało się tyle czekać, by móc w końcu omotać Moc Wyzwoloną we własnym komputerowym zaciszu?

Publikacji autora na stronę
1
Komentarze