Dźwięk
Artykuł
Dawid Grzyb, Piątek, 17 października 2014, 10:59

Pioneer SE-MX9 to „designerskie” i dość drogie słuchawki nauszne. Na tego typu urządzenia niewątpliwie jest teraz moda. Jakiś czas temu swoje trzy grosze dodał w tym segmencie rynku Samsung. Pioneer też nie pozostaje obojętny na panujące trendy i niedawno wprowadził nową serię drogich konstrukcji dokanałowych i nausznych. Walka w okolicach tysiąca złotych jest jednak zacięta. Pozostaje się przekonać, czy nowość pozwoli Pioneerowi wyjść z niej z tarczą.

Pioneer SE-MX9
Cena od 1199.00 zł do 1199.00 zł

Wstęp, opakowanie, dodatki, dane techniczne oraz budowa

Słuchawek Beats można nie lubić z wielu powodów. Ten najczęstszy to potężny marketing – niemało znanych osób, które ochoczo udzielają marce swojego wizerunku. Niestety, machina promocyjna najczęściej zupełnie nie idzie w parze z jakością dźwięku. Tak, wiele produktów Beats brzmi po prostu przeciętnie. Co więcej, firma ta nigdy nie podaje parametrów technicznych swoich produktów, dlatego wielu sądzi, że to wygodny sposób, by ukryć konstrukcyjne niedoskonałości. Ale jednego nie można Beats odmówić: wyznaczyła pewien trend, którym zaczęło podążać wielu dużych producentów. Ta sytuacja trwa w najlepsze od kilku lat.

Drogie, przeznaczone na ulicę słuchawki nauszne zostały spopularyzowane w dużej części właśnie dzięki firmie, której współzałożycielem i dyrektorem naczelnym jest Andre Romelle Young, bardziej znany jako Dr. Dre. Po komercyjnym sukcesie takich modeli jak Monster Beats na rynku zaczęło przybywać jak grzybów po deszczu słuchawek w cenie około tysiąca złotych. Tą drogą podążyły nie tylko marki znane ze słuchawek, takie jak Denon i Sennheiser, ale też cała masa specjalizujących się w innych produktach audio, choćby Focal, NAD i KEF. Wkrótce dołączyły do nich te, które nie słyną ze sprzętu grającego: Philips i Samsung. Teraz przyszła kolej na Pioneera. Model SE-MX9 jest jednym z najdroższych w ofercie tego producenta – należy do serii Superior Club Sound.

Opakowanie jasno daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z drogim sprzętem. Nie ustępuje jakością pudełkom Sennheisera czy Philipsa. To solidny tekturowy karton, od środka wyłożony piankowymi formami, w których spoczywają SE-MX9. Z pewnością są tam bezpieczne.

Producent podkreślił przenośność urządzenia, dołączając w zestawie przyzwoitej jakości etui. Miły dodatek, choć ze względu na przeznaczenie słuchawek spodziewany.

Wśród dodatków znalazł się krótki kabel zakończony kątowym 3,5-milimetrowym wtykiem TRRS, na którym zamontowano pilota z cyfrowymi przyciskami do regulacji głośności i odbierania połączeń. Nie zapomniano o tych, którzy korzystają ze słuchawek w domu. Drugi przewód z zestawu jest dłuższy, na sporym odcinku spiralny, a to gwarancja elastyczności i solidności. W pudełku znalazła się też przelotka samolotowa oraz przejściówka z małego wtyku słuchawkowego na duży.

Pioneer SE-MX9-T
Czułość 106 dB/mW
Impedancja 32 omy
Pasmo przenoszenia 6–40 000 Hz
Masa 300 g
Wtyk 3,5 mm (pozłacany, kątowy)
Przewód sygnałowy pojedynczy, 1,2 m
Typ przetwornika dynamiczny

Budowa

Pioneer SE-MX9 to słuchawki nauszne. To oznacza, że nauszniki nie obejmują małżowin, ale w wielu miejscach na nie naciskają. To idzie w parze z rozmiarem – najnowsze słuchawki Pioneera to produkt stworzony zdecydowanie z myślą o użytkowaniu poza domem. Zamknięta konstrukcja dodatkowo temu sprzyja.

Nauszniki są spore, choć nie ma najmniejszych szans, żeby zmieściły się w nich choćby wyjątkowo małe małżowiny. Składają się z dość twardej gąbki, która jest powleczona skóropodobnym, całkiem dobrze izolującym tworzywem. Ze względu na niemalże idealnie okrągły kształt nauszniki te nie są nadzwyczaj ergonomiczne, ale znacznie bardziej przeszkadza to, że są po prostu za twarde. Z czasem mogą się tylko bardziej ubić i będzie jeszcze gorzej.

Obudowy muszli są bardzo solidne, bo aluminiowe. To spora zaleta, gdyż większość rywali jednak stosuje głównie plastik. Czarny kształt na środku to jedynie ozdobnik, nie ma w nim żadnego ukrytego przycisku albo czegoś podobnego. Może i dobrze – to zawsze o jeden element, który mógłby się popsuć, mniej.

Pałąk w modelu Pioneer SE-MX9 jest co prawda plastikowy, ale solidny i odpowiednio szeroki. Od spodu powleczono go miękką gumą, która, o dziwo, nie ciągnie za bardzo włosów. Jednakże jakość połączenia tych dwóch elementów pozostawia trochę do życzenia. Jest to niestarannie zrobione i rzuca się w oczy zwłaszcza na krańcach pałąka. Gumowy element wygląda tak, jak gdyby zaraz miał odpaść.

Pioneer zastosował po jednym gnieździe o średnicy 3,5 mm w każdej z muszli. Ponieważ gniazda są stereofoniczne, a przewód sygnałowy został zwieńczony pojedynczym wtykiem w tym samym rozmiarze, idzie za tym jedna duża zaleta. Otóż niezależnie od tego, w którym gnieździe znajdzie się końcówka, kanały nie zostaną zamienione. Zatem można sprzęt podłączyć tak, jak komu będzie wygodnie. Pierwszy raz coś takiego widzimy.

Jednak w tym rozwiązaniu jest niewykorzystany potencjał. Wtyk słuchawkowy ma mechanizm blokujący: trzeba go obrócić o 90 stopni, by maksymalnie zabezpieczyć połączenie. Jest on przez to dość wąski i długi, żaden inny nie będzie pasował. Gdyby dało się otwór tak zaprojektować, by można było do SE-MX9 podłączyć drugą parę słuchawek z uniwersalną końcówką, oznaczałoby to niemałą zaletę. Na przykład firma SteelSeries pozwala na łączenie wielu par nauszników i współdzielenie dźwięku z jednego źródła. Widząc dwa otwory w SE-MX9, pomyśleliśmy, że wystarczyłaby jedynie niewielka modyfikacja...

Pioneer SE-MX9 to naprawdę „pancerna” konstrukcja. W dużej części jest zbudowana z aluminium – choćby obręcze łączące muszle z mechanizmem regulacji pałąka. Możliwość obrócenia tych elementów o 90 stopni to spora zaleta dla tych, którzy często noszą słuchawki na szyi, a wiemy, że takich nie brakuje.

Regulacja pałąka jest naprawdę solidna, bo obok plastiku zastosowano w nim aluminium. W środku z pewnością znajduje się rynna, w której poprowadzono przewód sygnałowy.

Jakość wykonania jest dobra, nawet w kontekście ceny, choć niestaranne przytwierdzenie gumy do spodniej części pałąka psuje efekt. Ale to jedyny zarzut. Co innego wygoda: nauszniki są do poprawy, powinny być bardziej miękkie. Ewentualnie przydałaby się możliwość ich wymiany we własnym zakresie, przy czym druga, powleczona welurem para powinna się znaleźć wśród dodatków.

Ocena artykułu:
Ocen: 6
Zaloguj się, by móc oceniać
czolgista778 (2014.10.17, 12:04)
Ocena: 19

0%
Czyli tak jak myslalem - kolejene gówno z tej samej fabryki z której wychodzą Beats tylko ze zmienionym wyglądem. Shame on you Pioneer!
Yamaha niestety zrobiła to samo z serią PRO300-400-500, po prostu rebrandowane Beatsy.
DarkStunt (2014.10.17, 12:27)
Ocena: -2

0%
Mam nadzieje ze ktos z ekipy wyzej pclaba to przeczyta. Kolejny test i kolejny wybor ograniczonych utworow. Sporo osob chcialoby aby ktos sprawdzil jak sprawuja sie sluchawki w muzyce elektronicznej. Sporo piosenek ma piekny vokal oraz nastepnie mocny drop. Sluchawki wtedy nie tylko musza 'walnac soczystym bassem' ale tez miec ladne gorne brzmienie. Szkoda tylko ze autor testu jest uprzedzony do takiej muzyki. Moze warto dla jednego testu sprowadzic kogos z zewnatrz, ktory chetnie sprawdzi sluchawki w roznych gatunkach muzycznych? Pozdrawiam :)
focus (2014.10.17, 12:29)

0%
DarkStunt @ 2014.10.17 12:27  Post: 794163
Mam nadzieje ze ktos z ekipy wyzej pclaba to przeczyta. Kolejny test i kolejny wybor ograniczonych utworow. Sporo osob chcialoby aby ktos sprawdzil jak sprawuja sie sluchawki w muzyce elektronicznej. Sporo piosenek ma piekny vokal oraz nastepnie mocny drop. Sluchawki wtedy nie tylko musza 'walnac soczystym bassem' ale tez miec ladne gorne brzmienie. Szkoda tylko ze autor testu jest uprzedzony do takiej muzyki. Moze warto dla jednego testu sprowadzic kogos z zewnatrz, ktory chetnie sprawdzi sluchawki w roznych gatunkach muzycznych? Pozdrawiam :)

Tak się składa, że przetestowaliśmy je TAKŻE na takiej muzyce, a także ja ich słuchałem. Niestety, ale się nie nadają. No chyba, że chcesz samego basu słuchać, a tylko gdzieś tam z tyłu słyszeć coś oprócz tego.

Swoją drogą: vocal, a następnie mocny drop... :/
Edytowane przez autora (2014.10.17, 13:27)
czolgista778 (2014.10.17, 13:16)
Ocena: 0

0%
Na muzyce elektronicznej nie testuje się sprzętu, szczególnie te 'vokale' z auto-tune się do tego nadają :(

Do sprawdzania basu lepiej nadadzą się samplery z kontrabasem lub dużymi organami jak na Antiphone Blues Arne Domnerusa.
Ogólnie muzyka akustyczna nadaje się dużo lepiej.


focus (2014.10.17, 13:27)

0%
czolgista778 @ 2014.10.17 13:16  Post: 794183
Na muzyce elektronicznej nie testuje się sprzętu, szczególnie te 'vokale' z auto-tune się do tego nadają :(

Do sprawdzania basu lepiej nadadzą się samplery z kontrabasem lub dużymi organami jak na Antiphone Blues Arne Domnerusa.
Ogólnie muzyka akustyczna nadaje się dużo lepiej.



No, a na jakiej testowaliśmy, jak nie na akustycznej? Masz wypisane w platformie testowej wszystko.
Fircyk (2014.10.17, 14:05)
Ocena: 10

0%
To przecież Tobie i Twojemu poprzednikowi już @focus napisał, że się nie nadają. Kłania się czytanie ze zrozumieniem.
Edytowane przez autora (2014.10.17, 14:05): literówka
Virtus* (2014.10.17, 14:05)
Ocena: -1

33%
Przecież to są słuchawki dla liliputów, no chyba, że ktoś lubi miażdżyć swoje małżowiny uszne.
Przetestujcie coś na kablu i na tyle wygodnego, że można z przyjemnością przez kilka godzin używać.
irulax (2014.10.17, 14:34)
Ocena: 5

0%
Przydałoby się badanie bardziej obiektywne: generator na wejściu i mikrofon/czujnik/oscyloskop na wyjściu ;)
Takie badanie 'na odsłuch' może być mylące dla zainteresowanych.
karoten (2014.10.17, 14:52)
Ocena: -4

0%
focus @ 2014.10.17 13:27  Post: 794188

No, a na jakiej testowaliśmy, jak nie na akustycznej? Masz wypisane w platformie testowej wszystko.

To jest test zbiorczy redakcji? Odpowiadacie za to pisze Dawid Grzyb? Jeśli tak, to można przeczytać. Jeśli nie, to patrząc na twórczość 'Violatora'z tutejszego bloga - nie wezmę tego testu na poważnie
Zaloguj się, by móc komentować
Artykuły spokrewnione
Facebook
Ostatnio komentowane